… czyli refleksja o potrzebach ludzkich.

Jeszcze w trakcie studiów, niedoświadczoną prawniczką będąc, dowiedziałam się, że instytucja pomocy prawnej z urzędu oznacza dostęp do adwokata, który poprowadzi sprawę niemajętnej osoby, a wynagrodzenie za to otrzyma od Skarbu Państwa lub strony przeciwnej. Celem jest zagwarantowanie realnego dostępu do sądu w sprawach, w których ze względu na swoją życiową doniosłość lub zawiłość udział adwokata jest potrzebny, ale danej osoby nie stać na pokrycie jego wynagrodzenia. O tym, czy udział adwokata jest potrzebny zdecyduje sąd. I wiele sądów taką pomoc przyznaje tam, gdzie rzeczywiście sprawa jej wymaga. Jednak zdarzają się petenci, którzy wcale tej pomocy nie potrzebują. Potrzebuje jej za to wymiar sprawiedliwości skonfrontowany z nimi.

To był deszczowy listopadowy dzień, kiedy go poznałam. Zdarzyło się to przed wieloma laty i zastanawiam się czasem, jaki los go spotkał. Był bezdomny, chory i postanowił walczyć o swoje prawa. Pozywał więc wszystkich sędziów rozpoznających jego sprawy. A te mnożyły się bez końca. Twierdził, że jest prześladowany i padł ofiarą spisku. Mówił, że to wina komunistów. Podobno spotykał się z ministrem i konsultował swoją sytuację.

Była i ona – królowa wydziału czytelnictwa. Wspominali o niej znajomi zajęci praktykami w sądach. Pierwszy raz usłyszałam o niej w marcu, potem jeszcze dwukrotnie. Cechowała się dużym zamiłowaniem do wszelkich rejestrów. Bardzo chciała, żeby ją do jakiejś księgi wpisano i nie rozumiała dlaczego sąd odmawia. I ona czuła się pokrzywdzona. Zapowiedziała, że pójdzie protestować pod sądem razem z innymi ofiarami wymiaru sprawiedliwości.

Sąd Okręgowy też ma swoją gwiazdę. Niegdyś nawet czytałam jej pisma. Momentami były wzniosłe i poetyckie, zazwyczaj jednak krzykliwe jak tabloidy. Ostatnio podobno grupuje siły na znanym portalu społecznościowym. Pewnie szykuje skok na stanowisko prezesa.

Pomocy prawnej poszukiwał również on. Chciał drobnego zadośćuczynienia, bo też był pokrzywdzony przez system. Zadzwonił i powiedział, że jego celem jest Trybunał Konstytucyjny. Odpowiedziałam, że moim celem jest Sąd Ostateczny.

Kiedyś miałam nawet czas, żeby się nad tym wszystkim zastanowić – w końcu studia psychologiczne zobowiązują. Teraz widzę tylko przesłanki, podstawy, zarzuty i wnioski. Wówczas najpierw widziałam człowieka.

To nie jest spójna grupa, ale ma też pewne swoje cechy szczególne, jak to, że jest w niej duży odsetek osób z wykształceniem prawniczym. Osoby te często wiedzą, jak bić, nie zawsze jednak mają w co uderzać. Przeważają renciści, emeryci i bezrobotni, bo to oni często są ubodzy i to oni mają czas, by prowadzić po kilkadziesiąt procesów równolegle. Zdecydowaną większość spraw sami wszczęli, jednak twierdzą, że to sąd sam sobie wszczyna, że machina wymiaru sprawiedliwości  skierowana jest przeciwko nim. Są ważni i muszą otaczać się ważnymi osobami. Są ważni, bo tyle spraw się toczy, bo w związku z tymi sprawami odwiedzają różne kancelarie, bo wieczory spędzają na pisaniu pism, które ktoś znaczący później przeczyta. Są w centrum tego całego zamieszania. Z pewnością ich obecności pominąć nie można.

Swoje pisma pisują na starych maszynach do pisania. Nawet ten bezdomny swoje roszczenia formułował za pomocą krzywo odbitej czcionki. On zresztą wcale bezdomny nie był, po prostu mylił brak dachu nad głową z brakiem meldunku. Nie zdradziłam mu, że się tego domyśliłam, bo mógłby pomyśleć, że w moich oczach umniejsza to jego tragedię. Z tego co mówił, wtedy gdy zapominał, żeby o tym nie mówić, wyinterpretowałam, że znęcał się nad rodziną. Oczywiście też mu nie powiedziałam, że wiem. To on był przecież ofiarą.

Kolejna cecha to rozbudowana roszczeniowość, która się bierze stąd, że jak się nie ma podstawy prawnej lub faktycznej roszczenia, to się żąda bez ograniczeń – najlepiej milionów. Niekiepskie to rozumowanie, wszak nic nas nie ogranicza. Ta roszczeniowość ma swoje źródło w sprawiedliwości retrybutywnej. Kiedyś, zazwyczaj przed dwudziestoma laty przegrali proces. I to przegrali proces, który toczył się z powodu kogoś bliskiego. A to żona eksmitowała męża, a to żona została przez męża wydziedziczona… Teraz narasta w nich poczucie pokrzywdzenia, że to nie im udzielono ochrony, lecz przeciwko nim. Stare wyroki były złe, postępowania trzeba wznawiać lub wszczynać na nowo, a wymiar sprawiedliwości powinien zapłacić im za to, że tak długo cierpieli. Te miliony im się po prostu należą.

Wiele spraw z urzędu jest w pełni zasadnych, o czym nie należy zapominać. Jednak często znajomi donoszą o osobach, które toczą sprawy beznadziejne. A ja swoim zwyczajem zbieram te wszystkie zasłyszane historie i staram się odnaleźć elementy wspólne. Niektóre z tych osób mają nieprawidłowo ukształtowaną osobowość, urojeniowy system przekonań, inni są jak najbardziej „normalni”, tylko działają bezsensownie. Zdarzają się i osoby ciepiące z powodu choroby psychicznej. Wypada zapamiętać, że taka osoba to nie „wariat”, a osoba cierpiąca i to właśnie jej cierpienie definiuje chorobę.

Takich spraw z urzędu jest mnóstwo. Jeden z kolegów stwierdził, że z tych powodów sprawa z urzędu, to synonim sprawy przegranej. A jednak ja mam dużo sympatii do tych ludzi. Zazwyczaj wystarczy z nimi porozmawiać, poświęcić im odrobinę czasu, dowiedzieć się, co tak naprawdę chcą osiągnąć. I wtedy najwytrwalsi „pieniacze” będą wiedzieli, że coś dla nich zrobiono. Trzeba zauważyć, że proces to nie cel sam w sobie, lecz środek, dzięki któremu strona chce coś osiągnąć. To coś wcale nie musi mieć prawnego charakteru.

Piękne w tym wszystkim jest to, że ci wszyscy poszkodowani przez wymiar sprawiedliwości, w wymiarze sprawiedliwości szukają pocieszenia. Procesowanie się przez wiele lat to jest jakaś forma psychoterapii, choć niekoniecznie udanej. Osobowość terapeuty ma w tym zakresie duże znaczenie.