Często zdarza mi się rozmawiać z absolwentami psychologii, początkującymi psychologami i terapeutami na temat ich poczynań zawodowych. Ciekawi mnie niezmiernie, jak postrzegają i oceniają swoją pracę, w jakim kierunku chcą się rozwijać zawodowo, a także  jakie są ich refleksje na temat udzielania pomocy psychologicznej. Z pewnością nieco im zazdroszczę, że mają tak piękny zawód. Poza zazdrością jest we mnie jeszcze więcej ciekawości. Czy to, czego uczyli się na studiach jest przydatne? W jakim paradygmacie pracują? Czy są zorientowani poznawczo, behawioralnie, dynamicznie, humanistycznie, a może eklektycznie? I czy w ogóle ta cała teoria, metodologia kogokolwiek w praktyce obchodzi? To, że obchodzić powinna jest poza sporem.

Zdarzyło mi się zapytać pewną początkującą panią psycholog, czy ma już swoich pacjentów. Spojrzała na mnie badawczo, a potem stwierdziła, że chyba poprawniej jest mówić o nich klienci. Klientów to ona owszem ma. Zapytałam zatem, czy jej klienci za wizyty płacą, co wcale nie było oczywiście, skoro była stażystką w szpitalu psychiatrycznym. Nie płacili. Potem zapytałam ją, czy w ogóle wie, skąd pochodzi słowo pacjent. Nie wiedziała, lecz gdy się dowiedziała, to stwierdziła całkiem słusznie, że może z tymi klientami to przesada, że słowo pacjent wcale nie jest takie złe. O co w tym wszystkim chodzi?

Tradycyjne określenie pacjent kojarzy się z powierzeniem swojego zdrowia profesjonalnej opiece medycznej. Słowo to pochodzi od łacińskiego patiens, które oznacza osobę cierpiącą. To cierpienie osoby poszukującej pomocy definiuje relację łączącą ją i psychologa. Kiedy zatem terapeuta mówi, że trafił do niego nowy pacjent, ma na myśli to, że odwiedził go człowiek poszukujący ulgi w cierpieniu.

Na marginesie należy dodać coś jeszcze. Pojawia się tu bowiem kwestia określenia, kiedy mamy do czynienia z chorobą, zaburzeniem, pewną nienormalnością zachowania. Po czym psycholog może poznać, czy dana osoba mieści  się w „normie”, a kiedy przejawia już jakieś zaburzenie? Tu wszelkie określenia normy zawodzą, a jest ich wiele. Najczęściej mówi się, że normalne jest to, co jest powszechne, przeciętne, popularne, statystycznie najczęściej się zdarza. W takim znaczeniu geniusz jest nienormalny. W związku z tym psycholodzy spieszą z zastrzeżeniem, że ta nienormalność musi być nacechowana negatywnie, wiązać się z jakimś problemem w funkcjonowaniu danej osoby. Jeżeli ktoś jest ponadprzeciętnie inteligentny, to z tego powodu nienormalny się nie staje. Te rozważania niewiele jednak wnoszą, gdyż znowu musimy zastanowić się, kiedy odchylenie od normy jest dezadaptacyjne. O ile mi wiadomo psycholodzy tego in abstracto określić nie potrafią. W związku z tym mówi się, że istota zaburzenia tkwi w cierpieniu. Poczucie cierpienia jest główną charakterystyką choroby. Ta konstatacja wskazuje jednocześnie na adekwatność użycia wyrazu pacjent w tym kontekście. Pacjent to osoba cierpiąca, choroba to cierpienie.

Skąd zatem wziął się klient? Określenie to wprowadził Carl Rogers (1902 – 1987), amerykański psycholog i psychoterapeuta. Znany był przede wszystkim jako jeden z przedstawicieli psychologii humanistycznej i twórca „psychoterapii zorientowanej na klienta”. Terapia ta oparta jest na zasadach: bezwarunkowej akceptacji osoby klienta, empatycznym zrozumieniu jego problemów oraz autentycznej komunikacji i postawie terapeuty. Osoba poddająca się terapii jest partnerem w relacji, a określenie pacjent temu partnerstwu nie służy i prowadzi do stygmatyzacji osoby chorej.

samotność wśród fal

samotność wśród fal

W mojej ocenie, użycie określenia klient kładzie nacisk na wymianę świadczeń i czyni z osoby cierpiącej jedynie interesanta. Ktoś przyszedł „się leczyć” tak jak przychodzi się załatwić sprawę w urzędzie. Urzędnik nie dba o stworzenie relacji zaufania. Właściwie to w jego interesie jest, by petent chciał jak najmniej załatwić, aby jak najmniej od niego wymagał. W pierwszej kolejności oczywiście sprawdzi, czy wniosek został należycie opłacony. Rezultatu nikt nie gwarantuje, staranność w tym zawodzie to wciąż kwestia subiektywnej oceny. W tym miejscu zwolennicy określenia klient podniosą, że przecież te zastrzeżenia winny być konsekwencją użycia słowa pacjent. Urzędnik nie jest równy z petentem, tak jak pacjent nie jest równy z terapeutą. Gdy przyjmiemy, że mamy do czynienia z klientem, wówczas relacja staje się równa (sic!). Klient, ich zdaniem, idąc do terapeuty spotyka osobę równą sobie. Kiedy nazwiemy go pacjentem, to nagle przestaje być mu równy. Pacjent bowiem to określenie stygmatyzujące i przypominające, że mamy do czynienia z osobą chorą. Podobno, jak się nazwie kogoś pacjentem, to niemal tak jakby się go dehumanizowało. Takim psychologom podkreślanie cierpienia uwłacza, ale business is business.

Odpowiadając na pytanie postawione w tytule, użycie danego słowa zależy w głównej mierze od tego, czy do psychologa zgłasza się osoba cierpiąca. Jeżeli psycholog dostanie zlecenie poprowadzenia szkolenia, świadczy usługi związane z rozwojem osobistym osób, których osobowość już kwitnie, pracuje w doradztwie zawodowym, reklamie, czy innych biznesowych relacjach, to oczywiście nie powie, że ma pacjentów. Psycholog powinien wiedzieć, dlaczego tak jest. Moje doświadczenia wskazują jednak, że o Rogersie każdy słyszał, jednak mało kto się nad tym głębiej zastanawiał.

Pojawia się jeszcze kwestia, co sądzą na temat nazewnictwa osoby korzystające z pomocy psychologicznej oraz personel medyczny. Takie dane zostały zebrane w wielu krajach, a ich przegląd wraz z opisem autorskich badań znaleźć można w pracy Marty Anczewskiej i in. (2011), opublikowanych w „Psychiatrii Polskiej” nr 1, s. 35 – 44 (dostępne tutaj). Okazuje się, że 77, 5 % osób badanych beneficjentów pomocy preferuje określenie pacjent, w porównaniu do 18, 2 % , które wolałyby być nazywane „osobami z zaburzeniami psychicznymi” bądź „osobami korzystającymi z opieki z psychiatrycznej opieki zdrowotnej”. Na trzecim miejscu znalazł się termin „osoba z problemami psychicznymi” (16,0 %). Określenie „klient” wskazywało jedynie 5, 5 % pacjentów. Opinie personelu medycznego plasowały się podobnie.

Niech najlepszym podsumowaniem będzie to, że sam Rogers, który pierwszy postulował wprowadzenie terminu klient, w późniejszym okresie swojej pracy stwierdził, że określenie nie zapobiega etykietowaniu, lecz uprzedmiotawia pacjenta. Z tego powodu zrezygnował z jego użycia i mówił po prostu o osobie.

(By zapoznać się z pojęciami normy, normalności, choroby i patologii, warto sięgnąć po „Psychologię kliniczną” t.1, wyd. PWN pod red. Heleny Sęk).