Psycholog to człowiek, który zdaniem wielu osób ma duże problemy. Zdrowi ludzie przecież nie interesują się psychiką ludzką. Tak zresztą twierdził też Karl Jaspers. Zainteresowania psychologiczne mają tylko te osoby, które chcą rozwiązać własny problem. W związku z tym studiują przez pięć lat tę piękną naukę i to wszystko po to, by uporządkować swoje życie. Zwróćcie uwagę, że trzeba być bardzo zdeterminowanym, by przejść taką terapię. Jak można zauważyć po tych kilku słowach, z pewnością będzie wpis osobisty, bo odzwierciedlający moje doświadczenia niepoparte rzetelną analizą. Trochę pośmieję się z prawników, co mam nadzieję wybaczą mi moi przyjaciele o tym wykształceniu. Jednocześnie pośmieję się sama z siebie, bo przecież prawnikiem też jestem, żeby nie było, że wywyższam się, jak bohaterowie niniejszego wpisu.

O tym, że się studiowało psychologię bezpieczniej jest raczej nie mówić. Moich rozmówców, którzy pozyskali tę wiedzę o mnie, mogę podzielić na cztery kategorie. Do pierwszej należą prześmiewcy. To są osoby, które uważają psychologię za pseudonaukę. Tego określenia nauczyłam się zresztą od nich. Psychologia dla nich to czary mary, a psycholog to wróżka. Studiowanie tego kierunku to zatem głupota, tak jak wiara w magię. Zdanie takie najczęściej wypowiadają studenci uczelni technicznych, którzy jeszcze wierzą, że nigdy nie będą bezrobotni oraz niestety prawnicy. Zazwyczaj są to młodzi mężczyźni, którym wydaje się, że jak się dostali na prawo, to oznacza to, że są creme de la creme tego społeczeństwa. Nie wspominają o tym, że do niedawna psychologia była najbardziej obleganym kierunkiem studiów, a w związku z tym maturę należało zdać znacznie lepiej niż by studiować prawo (z wyjątkiem uczelni, które przeprowadzały egzamin wstępny). Zostali przyjęci razem z tysiącem innych kandydatów, a uważają, że studiują na elitarnym kierunku. Błędnie wydaje im się, że psycholodzy uczą się o kozetkach, Freudzie i wiecznie żywej psychoanalizie. Przecież oglądali nie jeden film amerykański, w którym właśnie kozetka odgrywała główną rolę, więc wiedzą lepiej, czego się psychologów naucza. To wszystko ich zdaniem jest właśnie pseudonauką. W przeciwieństwie do psychologów, nie wiedzą jednak nic o naukowości, testowaniu i falsyfikowaniu hipotez, o paradygmacie badawczym, rzetelności i trafności, statystyce i filozofii nauki. Dla prawniczego creme de la creme wystarczy wpis na studia, by być ekspertem w każdej dziedzinie.

Zdarzyło mi się poznać na imprezie chłopaka, którego ktoś poinformował, że właśnie nadchodzi psycholog. Jeżeli jeszcze nie wiecie, to informuję, że psychologiem można też straszyć. Boją się jednak jedynie policjanci. Chłopak ten zamiast przedstawić się, zapoznać ze mną w jakikolwiek cywilizowany sposób, zaczął od razu mówić o badaniach psychologicznych przeprowadzonych podobno na Uniwersytecie Warszawskim, z których wynikało, że studenci psychologii wybierają ten kierunek, by rozwiązać swoje problemy psychiczne i że psycholodzy, mówiąc w uproszczeniu, to „czubki”. Nie znam tych badań, ani nigdy nie zadałam sobie trudu, by je odszukać. Podejrzewam, że są nawet miarodajne, o czym za chwilę. Ale co z tego wynika? Po co ktoś obcy mnie o tym informuje? Co chce przez to osiągnąć? Zapytałam go, czy nie przeszkadza mu powoływanie się na badania prowadzone przez tych „czubków”, jakimi są psycholodzy. Czy takim badaniom można wierzyć? Okazuje się, że dzieło pracy psychologów w postaci badań nosi cechy naukowości, lecz bycie psychologiem to objaw patologii.

Do drugiej grupy zaliczam tych, którzy uzyskawszy informację, że rozmawiają z psychologiem, stwierdzają „to pewnie czytasz w moich myślach”, ewentualnie „to już wszystko o mnie wiesz”. Przez grzeczność nie zaprzeczam. Pewien krakowski mecenas za każdym razem, gdy sobie przypomina, że mam coś wspólnego z psychologią, mówi „to pewnie manipuluje Pani ludźmi”. Słabo znam tę grupę, bo po tym jednym stwierdzeniu, przechodzą do innych tematów i najczęściej nie wyróżniają się niczym szczególnym. Wśród nich jest wielu imprezowych podrywaczy, dla których ważniejsze są ładne oczy dziewczyny niż jej zainteresowania i plany zawodowe. Muszą jakoś zacząć dyskusję, lecz wcale nie mają ochoty jej prowadzić.

Trzecia grupa jest jeszcze bardziej denerwująca od pierwszej. Do niej należą osoby, które mają wielką potrzebę, żeby się komuś wygadać, żeby napotkanemu przypadkiem  psychologowi, tudzież studentowi tego kierunku, zdradzić wszystkie bolesne informacje o swojej osobie. Poznajesz kogoś takiego na imprezie lub jest ci przedstawiony przez znajomego na ulicy i ktoś taki oczekuje natychmiastowej porady. Nie krępuje go obecność osób trzecich, nie interesuje go, czy masz ochotę teraz rozmawiać. Mówi do ciebie, oczekuje uważnego wysłuchania i jednocześnie wzrokiem wypatruje jakiejś kozetki, żeby było bardziej profesjonalnie.

W końcu, przechodzimy do ostatniej grupy, która budzi sympatię i nadzieję. To są osoby, które miały kontakt z psychologami, przy czym niekoniecznie były ich pacjentami. Wiele takich osób pracuje w wymiarze sprawiedliwości i sprawuje w nim ważne funkcje. Zdobywając doświadczenie zawodowe, dowiedziały się, że prawnik bez pomocy biegłego niewiele może zrobić. Obrazuje to lapidarne stwierdzenie: „świadek to ten, który widział, nie wie, nie orzeka. Biegły to ten, który nie widział, wie, lecz nie orzeka. Sędzia to ten, który nie widział, nie wie, ale orzeka”. To, czy dany biegły psycholog jest dobrym specjalistą pozostaje odrębną kwestią. Jednak w wielu sprawach to jego opinia będzie faktycznie decydowała o decyzji sędziego, czy prokuratora. Ci ostatni zresztą często się chwalą, że są szkoleni w tym zakresie. I bardzo dobrze, że się chwalą, bo jest czym. Znajomość psychologii może przydać się także pełnomocnikowi, wszak częścią jego pracy jest kwestionowanie niekorzystnych dla strony opinii. By to skutecznie uczynić, musi mieć na ten temat wiedzę.

Wspomniałam już, że o ile mi wiadomo, miarodajne są twierdzenia, że studenci psychologii mają być może inne cele, rozpoczynając studia psychologiczne niż tylko zdobywanie wiedzy z tego zakresu. Może tak być, że chcą dowiedzieć się, jak sobie pomóc. Jednak szybko rozczarują się, gdyż studiowanie psychologii, to nie jest studiowanie psychoterapii. Psychoterapia to nie psychologia, a jedyne czego na studiach można się na jej temat dowiedzieć, to teoretyczne dywagacje, które nie sprawią, że nagle ktoś „wyzdrowieje”. Na psychologii jest też więcej osób, które otwarcie wspominają o swoich problemach, być może dlatego, że panuje większa tolerancja na to, co ludzkie. Prawnicy i inżynierowie milczą, bo myślą, że powinni się wstydzić.

W tym kontekście, polecam lekturę słów profesora Dolińskiego  – tutaj, ewentualnie odpłatnie tutaj. Psychologia jak się zdaje wcale nie jest pseudonauką (choć nie do końca rozumiem co to znaczy). Psychologia to z pewnością nauka społeczna, a zatem trudniej weryfikowalna i wyjątkowo podatna na błąd pomiaru. To wszystko sprawia, że psycholog musi być dobrze przygotowany metodologicznie, by umieć prowadzić badania i wyciągać z nich prawidłowe wnioski. Nie uczymy się jednak o klasycznej terapii psychoanalitycznej, ani o tym, jaką należy zająć pozycję, by maksymalnie wykorzystać powierzchnię nośną kozetki. Mamy za to sporo wykładów z psychometrii, statystyki i biopsychologii. Nie każdy psycholog ma problemy psychiczne, tak jak nie każdy prawnik jest kryminalistą.

Note: wykorzystano obrazek  z blogu Kyle Baker na prawach cytatu.