Wydaje się, że wszyscy intuicyjnie rozumieją pojęcie pokrzywdzenia. Z pewnością każdy na jakimś etapie swojego życia doświadczył poczucia krzywdy, a większość z nas, krzywdy tej doświadczyła ze strony innej osoby. W skrajnych wypadkach doświadczenie takie może być spowodowane cudzym zachowaniem, które wypełnia znamiona przestępstwa. Wówczas mamy do czynienia ze sprawcą i pokrzywdzonym, z napastnikiem i jego ofiarą. Dzisiaj zajmę się tymi, którzy w tej relacji cierpią. Doświadczyli bowiem jakiejś formy przemocy ze strony innej osoby, a niestety często przemoc ta jest powielana względem nich przez innych. Bezpośredni sprawca przyczynia się do pierwotnej wiktymizacji danego człowieka, następnie inni wiktymizują ofiarę powtórnie, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Pojęcie wtórnej wiktymizacji wiąże się właśnie z działalnością osób, które powołane są, by w spotkaniu z ofiarą przestępstwa udzielić jej pomocy, tymczasem swoją postawą przysparzają jej wielu cierpień.

Zjawisko wtórnej wiktymizacji zaciekawiło mnie na początku studiów, w trakcie zgłębiania tajników psychologii społecznej, następnie poświęciłam mu swoją pracę magisterską, by w końcu zauważyć, że jest to zjawisko powszechnie występujące w praktyce wymiaru sprawiedliwości. Jego wyjaśnienie dobrze tłumaczy teoria sprawiedliwego świata Melvina Lernera. Zgodnie z nią, ludzie od wczesnego dzieciństwa partycypują w „kulturze zasługiwania”. Uczą się, że za dobre uczynki dostają nagrodę, natomiast kara jest konsekwencją wyrządzanego zła. W ten sposób dowiadują się, że świat jest przewidywalny, zależny od naszych działań. Jeżeli postępujemy zgodnie z regułami, jesteśmy w stanie kontrolować to, co nam się przydarza. Wszelkie oznaki, że nieszczęścia bywają przez innych niezawinione, odrzucamy od siebie, staramy się ich nie dostrzegać, by chronić naszą koncepcję sprawiedliwego świata. W dzieciństwie nie chodzi się na wycieczki do szpitala, by popatrzyć na chorych, których dotyka niezawinione cierpienie. W kolorowym świecie dzieci i baśni kończących się szczęśliwie zło zasługuje na potępienie, dobro przynosi gratyfikację.

Tak właśnie widzimy nasz świat, dlatego gdy w końcu w naszym otoczeniu pojawia się ktoś, kto na swój los nie zasłużył, kto zostaje pokrzywdzony, poszukujemy przyczyny, która za taki stan rzeczy odpowiada. Zaczynamy intensywniej dostrzegać te wszystkie fragmenty zachowania ofiary, które „sprawiły”, że doszło do jej pokrzywdzenia. Zrozumiałe się staje, że mąż bije żonę, bo przecież gdyby na to nie zasłużyła, to już dawno opuściłaby go. Wydaje się, że jakaś dziewczyna została zgwałcona, bo założyła krótką spódniczkę. Jeśli była w spodniach, to zasłużyła, bo  wyszła na dyskotekę. A jeśli została zgwałcona w kuchni własnego domu, to też zasłużyła, bo na pewno swoim zachowaniem sprowokowała sprawcę…  Postronna osoba szuka przyczyny, powodu, który pozwoliłby jej zrozumieć zgodnie z jej wiarą w sprawiedliwy świat, że ofiara na swoje cierpienie zasłużyła, bo przecież ludzie otrzymują to, na co sobie zasłużyli. Po co to wszystko? Po to, by poczuć się bezpiecznie, by dodać sobie otuchy, że nas taki los nie spotka, bo w przeciwieństwie do ofiary żadnych reguł postępowania nie złamaliśmy. Nie zasłużyliśmy zatem na karę. Świat jawi się jako sprawiedliwy, obserwator może dalej spokojnie żyć, może się czuć bezpiecznie.

Przemoc domowa

Kto najczęściej stosuje takie myślenie, by samemu sobie dodać otuchy? Są to osoby, które z racji wykonywanego zawodu, funkcji albo z racji rodzinnych powołane są do pomocy ofiarom przestępstw. Rodzina pokrzywdzonego styka się z całą złożonością tragedii, jaka dotyka bliską im osobę. Widzą skutek zdarzenia, zaczynają pytać o jego przyczynę. Co doprowadziło do zdarzenia? Mają przed sobą ofiarę, czują niepokój, są zmotywowani, by zidentyfikować czynnik sprawczy jej cierpienia. Niewiele zapewne na tym etapie wiedzą o sprawcy. On nie przyszedł się im poskarżyć. Jest ofiara, więc od niej najłatwiej zacząć szukać przyczyny. Wybrała ciemną drogę do domu – jej wina. „A tyle razy jej mówiłam, że nie ma tamtędy chodzić. To się musiało źle skończyć”. To ostatnie zdanie odzwierciedla tzw. efekt pewności wstecznej (ang. hindsight bias). Kiedy wiemy, jak zakończyła się dana historia, jesteśmy bardziej skorzy wyszukiwać przyczyny, które do takiego zakończenia doprowadziły. Wiedząc, że kogoś spotkała tragedia, znajdujemy elementy, które musiały do niej doprowadzić. Oczywiście, gdyby do tragedii nie doszło, nikt nie zauważyłby potencjalnych niebezpieczeństw. Jeśli jednak negatywny skutek już się zrealizował, mówimy „ja wiedziałem, że tak będzie”.

Bliska osoba może czuć się zawstydzona, że przykry los spotkał członka jej rodziny. Ten wstyd może sprawić, że będzie nakłaniała ofiarę do milczenia, do ukrywania przestępstwa i jego skutków. Tymczasem ofiary mają często potrzebę, choć różni się to w zależności od typu czynu, by mówić o swojej krzywdzie, by ustalić, kto jest winny. Skazanie kogoś w procesie pełni funkcję wyrównania rachunków, pozwala ofierze odzyskać utraconą równowagę. Jeśli do skazania nie dojdzie, ofiara czuje się powtórnie upokorzona, tak jakby społeczeństwo stanęło po stronie oprawcy. Z tego względu wymiar sprawiedliwości staje się głównym źródłem wtórnej wiktymizacji ofiar przestępstw. Postępowanie karne w swojej klasycznej formie ma bowiem za zadanie doprowadzenie osoby winnej do odpowiedzialności. Służy ono społeczeństwu, które reprezentowane jest przez prokuratora. Ma on zebrać materiał dowodowy, przedstawić go przed Sądem w sposób umożliwiający skazanie sprawcy. Pokrzywdzony to dla niego źródło dowodowe i najlepiej, by nie sprawiało ono problemów. Tymczasem człowiek, który czuje się pokrzywdzony, nie zawsze zachowuje się zgodnie z potrzebami prokuratora. Ten ostatni bowiem ma do wykonania określone zadanie i chciałby je zrealizować w sposób jak najmniej obciążający go emocjonalnie. Ponadto, chciałby poprowadzić postępowanie sprawnie i szybko, bo o jakości jego pracy świadczą statystyki. Zdarzają się zaś pokrzywdzeni, którzy od prokuratorów wymagają zbyt wiele. Jest źle, jeśli w ogóle wymagają. Jest jeszcze gorzej, gdy żądają informacji i kontrolują ich pracę. Prokurator kieruje się bowiem własną oceną sytuacji, która determinowana jest wieloma czynnikami, z pośród których poczucie pokrzywdzenia innej osoby może nie odgrywać żadnej roli.

Kiedyś widziałam pokrzywdzonego, który przyszedł do prokuratora po informację o toczącym się postępowaniu. Prokurator impertynencko wyrzucił go za drzwi, po czym zwrócił się do mnie jako praktykantki u tegoż właśnie prokuratora ze słowami „jak chce ze mną rozmawiać, to niech się najpierw zażali”. I tak oto dowiedziałam się, że rozmowę z prokuratorem należy zacząć od skargi. Wróży to świetlaną przyszłość wzajemnym relacjom. Pouczenie o uprawnieniach wygląda natomiast w ten sposób, że przekazuje się pokrzywdzonemu kartkę z informacjami napisanymi drobną czcionką. Nie chodzi o to, by pokrzywdzony czegoś się z tego dowiedział, lecz by prokurator spełnił swój obowiązek. Muszę przyznać, że poniekąd ich rozumiem. Gdyby chcieli zbliżyć się do każdego pokrzywdzonego, ich własne poczucie bezpieczeństwa rozpadłoby się na kawałki. Z drugiej strony, umiejętność rozmowy z ofiarą może zaoszczędzić im stresu i przyczynić się do wzrostu zaufania opinii publicznej do działań podejmowanych przez prokuratorów. Nie działają oni bowiem sami dla siebie, nie działają też przeciwko sprawcy, lecz w interesie społecznym. W interesie tym leży także dobro ofiary.

Powyższy tekst jedynie w wielkim skrócie przedstawia zarys problematyki wtórnej wiktymizacji. Osoby zainteresowane tematyką zachęcam do sięgnięcia do opracowań mojego autorstwa. Artykuł teoretyczny znajduje się tu, natomiast raport z badań pobrać można stąd. Każdy z plików zawiera wersję w języku angielskim, a następnie w języku polskim.

Plakat dotyczący przemocy domowej zaczerpnięto ze strony KWP w Poznaniu.