…czyli refleksja o stanie edukacji i jej roli w życiu.

Kiedyś edukacja była na wyższym poziomie. Od młodzieży więcej się wymagało i tylko najzdolniejsi mogli cieszyć się wyższym wykształceniem. W szkołach uczniowie się uczyli, dzisiaj już nie wiadomo, czym się zajmują. Poziom wiedzy stale się pogarsza, a zawartość podręczników zamiast tekstem wypełniona jest kolorowymi obrazkami. Za moich czasów młodzież była zdolniejsza, pilniejsza, grzeczniejsza… Za moich czasów świat był piękniejszy. Kto nie usłyszał w swoim życiu tego rodzaju twierdzeń? Kto sam nie popadł w pułapkę takiego myślenia? Zjawisko „ach ta dzisiejsza młodzież” znane jest od czasów starożytnych, w tym tonie pisał chociażby Platon. To taka prawidłowość dziejowa, że starsi oceniają poczynania młodszych pokoleń ze zwiększonym sceptycyzmem. Częściowo odpowiadają za to prawidłowości pamięci ludzkiej, a mianowicie to, że ludzie oceniają odległe zdarzenia bardziej pozytywnie. Wówczas wszystko było nowe, ciekawsze, a wspomnienia z tego okresu stały się intensywniejsze. Niektórzy nawet twierdzą, że taka jest geneza mitu szczęśliwego dzieciństwa.

Idźmy dalej tym tropem. Zdarzenia ze szkolnych czasów były piękniejsze, a co za tym idzie z pewnością bardziej wartościowe. Człowiek był w pełni sił, szczególnie tych intelektualnych. Później podjął pracę, założył rodzinę – efektywne pozyskiwanie wiedzy, choć ważne, nie stanowiło już centrum aktywności życiowej. W dodatku kiedyś było trudniej. Czarno-białe podręczniki były trudniejsze w odbiorze, nauczyciele surowsi, więc trzeba było być zdolniejszym, by w tak niesprzyjających warunkach sobie radzić. Dziś młodzież korzysta z wyszukiwarek internetowych zamiast brudzić sobie ręce w zakurzonych katalogach bibliotecznych. Zamiast poświęcać godziny na poszukiwania literatury, można od razu przejść do lektury. Mimo to wielu, w tym profesorów akademickich, pozostaje nieprzekonanych. Jak można powoływać się na tekst, którego się w rękach nie trzymało? – pytają nazbyt często. Ano można, bo człowiek czyta oczami, a nie rękoma. Natomiast ułatwienia w dostępie do literatury nie muszą oznaczać pogorszenia jakości jej odbioru.  Pozostaje jednak obawa, że młodzi nie docenią zwyczajnego, fizycznego trudu niegdyś włożonego przez starszych w uzyskiwanie dostępu do wiedzy. Trudu, który w wielu przypadkach stracił rację bytu. Dziś zamiast koncentrować się na srogiej minie pani z biblioteki, należy poświęcić się ocenie wiarygodności i rzetelności łatwo dostępnej literatury.

Na niższych szczeblach kształcenia, można dostrzec obawę, że edukacja zdobywana w przyjemny sposób jest mniej wartościowa niż edukacja związana z przymusowym „wkuwaniem” informacji. Sama w szkole najpierw uczyłam się co, gdzie, kiedy. Niezwykle rzadko stawiano mi pytanie jak?. Dziś nie mam wątpliwości, że najtrudniejsze i najistotniejsze jest często nieobecne pytanie dlaczego?. To ono pozwala na zrozumienie złożoności zjawisk. Zaś proces uzyskiwania odpowiedzi wiąże się nieuchronnie ze zdobyciem podstawowych informacji, które są konieczne do zrozumienia wzajemnych zależności. Znajomość faktów staje się środkiem do rozwiązania problemu. Zasoby pamięciowe służą procesom myślowym. I dzięki temu człowiek lepiej sobie radzi w dalszej edukacji, życiu osobistym i zawodowym. Jeszcze do niedawna polska szkoła uczyła tylko wiedzy faktograficznej. Dziś, ku oburzeniu wielu, pedagodzy coraz częściej dostrzegają potrzebę ćwiczenia krytycznego myślenia. Nie dostrzega tego niestety MEN, serwując uczniom sprawdzanie wiedzy za pomocą testów, które nigdy nie wymagają odpowiedzi na pytanie dlaczego?.

diploma manAch, ta dzisiejsza młodzież będzie miała ciężko w życiu. Czy kiedyś rzeczywiście było lepiej i mądrzej? Nic bardziej mylnego. Dostępne badania i analizy wskazują, że poziom edukacji się podwyższa. Świadczą o tym wyniki międzynarodowych testów PISA, które porównują umiejętności młodzieży z różnych krajów. Polacy wypadają średnio, jednak można zauważyć, że jakość polskiej edukacji się poprawia, a wraz z nią średnie rezultaty otrzymywane przez polskich uczniów. Sceptycy kręcą nosem, donosząc, że to poprawa pozorna, gdyż dotyczy jedynie najsłabszych uczniów. Nasi najmniej zdolni uczniowie są zdolniejsi od tych najsłabszych z innych krajów. Właściwie jak oceniać taki rezultat? Czy rzeczywiście nie ma się czym cieszyć? W mojej ocenie to powód do zadowolenia. Oznacza to bowiem, że jesteśmy cywilizowanym krajem, w którym każdemu zapewnia się dostęp do edukacji. Jako że średnie polskie wyniki uczniów (z wyjątkami) poprawiają się na przestrzeni lat, można stwierdzić, że poszerza się dostęp do wiedzy, czemu nie towarzyszy jednak zaniżanie wymagań. Mimo takich wiadomości wciąż słyszymy, że jest gorzej niż kiedyś. Mowa tu oczywiście o edukacji szkolnej, a nie wyższej.

Kiedyś natrafiłam w magazynie der Spiegel (nr 4 z 2011 r.) na wywiad z profesorem uniwersyteckim z Monachium, zajmującym się badaniem edukacji, odpowiedzialnym za przeprowadzanie badań PISA w Niemczech – Manfredem Prenzel. Okazało się, że Niemcy mają takie same wrażenia, jeśli chodzi o poziom edukacji. Tam, tak jak i u nas, chociaż badania porównawcze wskazywały, iż jakość edukacji się poprawia, wszyscy narzekali na jej rzekome pogorszenie. Prof. Prenzel konkludował, że kiedy on był uczniem także słyszał od nauczycieli, że kiedyś edukacja była na wyższym poziomie, a uczniowie wykazywali się większą wiedzą. Ach ta dzisiejsza młodzież to bowiem zjawisko uniwersalne i znane tak długo, jak istnieje system edukacji. W latach 70-tych przeprowadzono w Niemczech i innych krajach badania porównawcze, które wskazały, iż uczniowie niemieccy byli na tle innych po prostu przeciętni. Takie same wyniki uzyskano przy pierwszym badaniu PISA w 2000 r. Wbrew oczekiwaniom poziom umiejętności uczniów wcale się nie pogorszył. W innych badaniach porównano zawartość współczesnych kolorowych podręczników szkolnych z ich starszymi, mniej zachęcającymi do nauki poprzednikami. Okazało się, że współczesne książki są obszerniejsze, zawierają więcej informacji, a co za tym idzie także więcej tekstu.  Ponadto codzienne doświadczenie wskazuje, że poziom umiejętności uczniów wzrasta w porównaniu do starszych pokoleń. Świadczy o tym chociażby umiejętność komunikowania się w języku obcym.

Inaczej natomiast kształtuje się jakość wyższego wykształcenia. Dziś o poziomie erudycji z pewnością nie można wnioskować na podstawie tytułu znajdującego się przed nazwiskiem. Niektórzy strasznie ubolewają nad bylejakością polskiej edukacji wyższej. Powiem szczerze, że mnie jej masowość zupełnie nie przeszkadza. Niezmiernie natomiast niepokoi mnie obniżanie wymagań. Nie mam nic przeciwko temu, żeby wielu młodych ludzi podejmowało się studiowania. Są wśród nich osoby mało zdolne, które ledwie poradziły sobie z maturą. Są jednak także jednostki wybitne. Można znaleźć studentów, którzy cenią wartość wiedzy i etos nauki. Są też zwolennicy tanich rozwiązań, którzy uwierzyli, że wykształcenie wprost przekłada się na wysokość wynagrodzenia. Są studenci ciekawi świata, nastawieni na udoskonalanie siebie. Zdarzają się często osoby prezentujące postawy konsumenckie, które wizytę na wykładzie traktują jak obiad w restauracji, cierpiąc tym samym na syndrom „płacę, to wymagam”. Wymagać trzeba – to kwestia podstawowego szacunku dla innych osób. Jednak jeśli chodzi o edukację, to wymagać należy przede wszystkim od siebie.

human brainNie obowiązują już proste heurystyki – skończone studia jako oznaka fachowości, czy wiedzy. Dziś skończone studia oznaczają tylko tyle, że ktoś poświęcił kilka lat swojego życia na obcowanie z nauką. Jak głęboki był to kontakt, trzeba samemu ocenić w indywidualnym spotkaniu. Tytuł magistra stracił na znaczeniu. Coraz większą rolę odgrywa natomiast miejsce i sposób zdobycia wykształcenia. Dziś w cenie jest to, gdzie się studiowało, a nie to, czy się studiowało. Z tego względu na ludziach przeprowadzających egzaminy i oceniających prace spoczywa odpowiedzialność za zachowanie odpowiedniego poziomu. W mojej ocenie, jest to kwestią szacunku zarówno dla absolwentów, jak i obecnych studentów. Jeżeli chcą studiować, jeśli widzą dla siebie miejsce w świecie nauki, to trzeba im pozwolić zrewidować własny obraz siebie. Wielu wyjdzie z tego obronną ręką. Nie ma nic gorszego niż zaniżanie wymagań, bo to nikomu szczęścia nie przyniesie.

I choć sam fakt, że studia stały się masowe mi nie przeszkadza, dostrzegam, że masowość ta w wielu miejscach pociąga za sobą spadek jakości edukacji. Trudno znaleźć w tłumie przewodnika, kogoś kto zaszczepi pasję do dyscypliny, czy zagadnienia. Wykształcenie to nie jest proste dobro ekonomiczne, czy inwestycja. Jeśli ktoś ma instrumentalny stosunek do wiedzy i uważa, że edukacja to sposób na zdobycie pracy, z pewnością się zawiedzie. Nie będzie go bowiem nic wyróżniało spośród innych magistrów na rynku pracy. Wykształcenie to sposób na otwarcie się na świat i jego złożoność, na dostrzeżenie tego, co nieuchwytne dla innych. Ono z pewnością czyni życie łatwiejszym i ciekawszym. I to nie z powodu umiejętności wykonywania zawodu, ale ze względu na poszerzenie horyzontów i przezwyciężanie ograniczeń.

Z tego powodu niezmiernie smucą mnie ukazujące się w ostatnim czasie artykuły o straconym czasie, który poświęcają ludzie na studiowanie. Gazeta Wyborcza w wydaniu z dnia 25 kwietnia 2013 r. na swojej pierwszej stronie ogłasza, że „za dużo młodych studiuje, zamiast zdobywać zawód”. To nie jest tak, że tu konieczna jest jakaś alternatywa. Można być wirtuozem i zszywać buty. Można też być szewcem. Ten pierwszy ma umiejętność, ten drugi zaś przyjął określoną tożsamość. Wirtuoz dzięki wykształceniu może stać się kimkolwiek zechce, nie zamknie się w jednej etykiecie, przypiętej mu zanim świadomie zdecydował, czym chce się w życiu zająć. Szewc nie ma wyboru, może być tylko szewcem. Fach w rękach jest ważny. Czar w umyśle jest piękny. Można się zastanawiać, który z nich się wybierze – można zagarnąć oba. Gazeta Wyborcza zakłada, że jest to niemożliwe, że zawód w dzisiejszych czasach daje siłę. Na udowodnienie tych tez podaje zdumiewające statystyki, jak np. to, że „co trzeci bezrobotny nie skończył 25 lat”. W jaki sposób ma to udowodnić, że nie warto studiować? Mam wrażenie, że ten artykuł napisał jakiś niewykształcony magister (sic!).