Wydaje mi się, że to było w kwietniu ubiegłego roku. Chociaż równie dobrze mogło być i wcześniej. Na dworze zrobiło się na tyle ciepło, że ludzie pozbyli się tych wszystkich szali, chust i stojących kołnierzy, które normalnie strzegą ich twarzy przed dostępem chłodu i obcych spojrzeń. Przy krakowskich sądach ochrona jest szczególnie wskazana. Poza licealistami radośnie wybiegającymi z nieodległej szkoły, wszyscy zdają się nazbyt skoncentrowani na sobie. Pełnomocnicy biegną na rozprawy, albo bezradnie poszukują miejsca parkingowego, z nadzieją, że tym razem im się uda. Pozwani i pozywający snują się pod budynkiem, wzrokiem poszukując swoich doradców, licząc, że tamci wskażą im drogę. Po skończonych rozprawach, w promieniach delikatnego słońca, siadają na tych niewielu pozostałych ławeczkach i przez telefon referują przebieg rozprawy. Nie żeby to kogoś szczególnie interesowało. Po prostu samemu trzeba sobie w głowie poukładać to, co się właściwie tam wydarzyło.

W tej atmosferze niby wiosennej radości, niby codziennego zatroskania stali oni. Nazwali się komitetem, co przywodziło mi na myśl czasy, których nie pamiętam. Byli tacy szarzy, zwyczajni, nijacy. Byli tacy bezradni jak wszyscy pozostali. Nie zwróciłabym na nich uwagi, może nawet nie spojrzałabym na ich twarze, gdyby nie wyrósł przede mną pulchny pan i nie wręczył mi ulotki z ich postulatami. Pomyślałam, że to kolejny protest, strajk, żeby zrehumanizować to miejsce. Jednak te kolorowe balony, tak bardzo kontrastujące z ich smutnymi, szarymi twarzami, wybudziły mnie z codziennego letargu. On się uśmiechał, ale ja czułam, że to wyraz desperacji. Jego kolega trzymał transparent. Nie jakieś tam niemiłe hasła, które mają wzbudzić wstręt czy pogardę dla tego miejsca. Nie! Oni chcieli po prostu miłości. Chcieli móc kochać. Domagali się prawa do bycia kochanym. Bynajmniej nie zależało im na mnie. Oni, ojcowie, chcieli być blisko swoich dzieci.

To miał być pozytywny happening. Taki nowoczesny, radosny, z balonem i wielkim sercem wymalowanym na białym płótnie. Zorganizowali go oni – ci głównie starsi, niezbyt zadbani, tacy poszarzali mężczyźni, którzy twierdzili, że odmawia im się miłości. Kontrast był wielki.

Ten miły człowiek, który wręczył mi ulotkę, pamiętał mnie także, gdy wychodziłam z sądu. Spojrzał i stwierdził, że znam już ich postulaty. On rzeczywiście nie pasował do tego miejsca. Refleksyjność nie jest tu częstym zjawiskiem.

W nie tak bardzo odległych czasach byłam na praktykach w wydziale rodzinnym krakowskiego sądu, który rozwodził rodziców i rozstrzygał o ich kontaktach z dziećmi. Sędzia zachęcała do zadawania pytań, żebyśmy poznali praktykę sądu jak najlepiej. Skorzystałam z możliwości i zapytałam, czy spotkała się z różnymi stowarzyszeniami ojców, które, wedle głośnych wówczas doniesień medialnych, reprezentują ich prawa. Reakcja sędzi wskazywała, że pytanie było nie na miejscu. To prawie tak, jakby zapytać, czy to prawda, że sądy łamią prawa ojców. Powiedziała, że chyba jasnym jest, że w Polsce kulturowo przyjmuje się, że to matki opiekują się dziećmi. Pomyślałam, że kulturowo przyjętym jest, że obydwoje rodzice troszczą się o swoje dzieci, a nawet gdyby tak nie było, to przecież sąd, decydując o władzy rodzicielskiej i kontaktach z dziećmi, powinien badać ich rzeczywiste stosunki, a nie kulturowe uwarunkowania. Jako że odpowiedź sędzi wskazywała na pewne podenerwowanie poruszoną tematyką, zwróciłam uwagę, że właściwie nie tego dotyczyło moje pytanie. Może zrozumiała, że poruszenie tej kwestii nie było kwestionowaniem jej rozstrzygnięć (tak wszyscy prawnicy są na to niezmiernie wyczuleni i poszukują zaczepki tam, gdzie jej nie ma), bo od razu złagodniała i stwierdziła, że owszem znane są jej ich działania, ale z pewnością nie sprzyjają rozpoznaniu sprawy. „Oni ostatnio wysłali tysiące maili na skrzynkę pocztową naszego sądu. Kazałam wszystko usunąć bez czytania”.

Kiedy patrzyłam na smutnego pana, który tym razem zamiast wysyłania maili, postanowił zorganizować nowoczesną akcję, zrobiło mi się jakoś smutno. Bo i ten wysiłek nie zostanie dostrzeżony.

Co było na tych tajemniczych ulotkach, wręczanych (jak sądzę) w ramach zachęcania do respektowania praw ojców? Panowie chcieli, żebyśmy wiedzieli – my przypadkowi przechodnie i nieprzypadkowi uczestnicy różnych postępowań, żebyśmy wszyscy uświadomili sobie, żebyśmy wnieśli tę wiedzę na sale sądowe, do kancelarii, do zakładów pracy, żebyśmy zaczęli patrzeć i widzieć problem inaczej. To już nie jest proszę Państwa kwestia prawa, lecz psychopatologii, a co najmniej charakteropatii, ulotka informowała bowiem o „syndromie alienacji rodzicielskiej” (choć może przez upływ czasu przekręciłam użyte wyrażenie), a zatem chorobie, na jaką zaczynają cierpieć dzieci, ze względu na pozbawienie ich kontaktów z ojcem. Pomyślałam wtedy, że tłumaczenie angielskiego parental alientation syndrome, jest tak samo niezgrabne, jak happening z balonami organizowany przez tych szarych panów, nazywających się obronnym komitetem. Kolejny kontrast. Poczułam do nich wielką sympatię.

Kiedy maszerowałam między sekretariatami sądów, załatwiając jakieś przyziemne kwestie, wciąż o nich myślałam. Może zwrócić im uwagę, że bezkrytyczne kopiowanie znalezionych informacji nie sprzyja ich postulatom? Może powiedzieć im, że względem samego twórcy syndromu padały oskarżenia o propagowanie pedofilii, że choć cytowany był powszechnie, to umarł samotnie i smutno, popełniając samobójstwo? A może nic nie mówić o kontrowersjach wokół Richarda Gardnera, bo przecież nie o jego osobę w tym wszystkim chodzi? To może chociaż zwrócę im uwagę, że w polskiej literaturze określenie parental alienation syndrome (PAS) przyjęło się tłumaczyć odmiennie, a mianowicie jako syndrom odosobnienia od jednego rodzica? Nie chodzi bowiem o to, żeby nacisk kłaść na rodzica, lecz na dziecko. To ono cierpi z powodu braku kontaktów z ojcem lub matką, to odizolowanie go dotyczy. Oni pewnie już to wiedzą, może nawet zmienili nazwę celowo. Wychodząc z sądu nic nie powiedziałam. Z lekkim uśmiechem minęłam pana, który ponownie mi się ukłonił i pomyślałam, że kiedyś o nim napiszę.

Richard Gardner był biegłym psychiatrą sądowym i jako pierwszy opisał PAS na podstawie swoich obserwacji, a nie naukowych badań. Twierdził, że w przypadku rozstania rodziców, matki (w swojej teorii zazwyczaj utożsamiał je ze sprawcami) uczą swoje dzieci, by nienawidziły ojców. Używał on określenia „programowanie”. Dzieci są programowane, by czuć niechęć do ojców, by się ich bać. A skoro mowa jest o programowaniu, to niewątpliwie działania matek są intencjonalne. Nie ma tu mowy o przypadku, nieświadomym przenoszeniu negatywnych uczuć, lecz o systematycznej nauce nienawiści. Opisując PAS (już w oderwaniu od samego Gardnera), można zauważyć, że w takich sytuacjach wszystko co dotyczy drugiego rodzica jest złe, on jest niedobrym człowiekiem i należy się go bać. Dziecko jest zagubione, bo kocha matkę i pragnie być wobec niej lojalne. Ale dziecko kocha też ojca i czuje rozdarcie, bo pragnie być także i z nim. Gdy wróci ze spotkania z tatą (po tym jak już zostało wymuszone postanowieniem sądu) i chce podzielić się radością, spotyka go chłód matki. Dziecko uczy się, że nie można mówić dobrze o ojcu. Następnym razem nie powie, że byli w zoo i że widział słonia. Nie powie, że byli na lodach i że tata kupił mu nową zabawkę. Powie tylko, że się przewrócił i że ma siniaka. A jak nic na temat siniaka sam nie powie, to mama zapyta, czy tata go uderzył. Dzieciom skonfliktowanych rodziców nie przydarzają się przypadkowe siniaki. W oczach rodzica to przejaw agresji tego drugiego, albo co najmniej jego braku odpowiedzialności.

jednak smutekKiedy dziecko jest młodsze, jeszcze łatwiej można nim manipulować. Gdy matka o ojcu mówi ciągle źle, straszy nim dziecko („przyjdzie tata i ci zrobi krzywdę” albo w łagodnej wersji „nie bój się, nie pozwolę, żeby tata cię skrzywdził”), a ojciec zapuka do drzwi, ono na jego widok wpadnie w niekontrolowaną rozpacz, bo autentycznie się boi. Wtedy matka nie pozwoli, by ojciec je widywał. W końcu nie można pozwolić, by dziecku działa się krzywda.

Jeśli dziecko dorasta w takich warunkach, szybko uczy się wykorzystywać mechanizm manipulacji. „Kocham tylko Ciebie Mamo”, „kocham tylko Ciebie Tato”. Wówczas zyski są podwójne. Swoją miłością zaczyna szantażować rodziców, a następnie wyuczone techniki stosuje względem innych. Przestaje być ofiarą, a staje się sprawcą. W stosunkach z innymi ludźmi będzie nieszczere, nastawione na zysk wynikający z kontaktów, a nie na samą relację. Zaczyna manipulować i traktować innych instrumentalnie. Zapewne nie uda mu się stworzyć trwałych więzi, a jeśli tak, to jego partner nie będzie szczęśliwy. Takie dzieci zwyczajnie wyrastają na ludzi, których nie lubimy i którym nie ufamy. Ich osobowość nie ukształtowała się bowiem w pełni prawidłowo.

Czy jednak PAS to odrębna jednostka chorobowa, jak niektórzy, w tym sympatyczny komitet ojców, zdają się twierdzić? W literaturze naukowej trwały spory. Ostatecznie zdaje się, że przeważyło stanowisko, że to po prostu trudne dzieciństwo, które pozostawia na zawsze ślad w tym, jacy jesteśmy.

Wracając do samego Gardnera oraz jego wypowiedzi aprobujących pedofilię i kazirodztwo (cytaty można znaleźć tutaj), to z pewnością jego poglądy miały wpływ na poczynione przez niego obserwacje. To właśnie matki uważał za sprawczynie cierpień ojców i samych dzieci. Trywializował problemy nadużyć seksualnych względem dzieci i zdecydowaną większość tego typu podejrzeń traktował jako broń matek, wytoczoną przeciwko ojcom. W praktyce można często zauważyć, że gdy konflikt o opiekę nad dzieckiem narasta, niektóre matki rzeczywiście zaczynają oskarżać ojców o molestowanie własnych dzieci. W wypadkach mniej drastycznych, często padają oskarżenia o przemoc domową. Czasami łączy się oba te oskarżenia. To taki stały zestaw sądowy. Matkom jest łatwiej stawiać tego typu zarzuty. Mało kto uwierzyłby, że matka molestuje własne dziecko, albo że się znęca nad rodziną (z tym ostatnim bywa różnie).

Jednak w praktyce wcale nie jest tak jak twierdzi Gardner, że to niemal wyłącznie matki, w walce o dziecko, nastawiają je przeciwko ojcu. Często takie działania podejmują właśnie ojcowie. Najpierw atakują matkę. „Jesteś nikim. Gdyby nie ja, nic byś nie miała. Dziecko Ci też zabiorę”. Taka walka o dziecko może być dla mężczyzny kwestią ambicji. Musi wygrać. Dobrze, kiedy matka ma nowego partnera (ba, ona się prostytuuje). Wtedy z łatwością można ich razem oskarżyć, że się znęcają nad jego potomkiem. Gdy zauważy u dziecka siniaka, troskliwy tatuś pakuje je do samochodu, jeździ z nim po wszystkich szpitalach, przychodniach, klinikach. Zakłada dziecku niebieską kartę, bo przecież jest ofiarą przemocy. Nie jest istotne, że jest już druga w nocy, że dziecko jest zmęczone, głodne, że boi się szpitala. Nie powie tacie, że się przewróciło, bo przecież będzie zły. Spełni więc jego oczekiwania. Potem nauczy dziecko co ma mówić – że nowy chłopak mamy je bije, że mama to widzi i nie reaguje. W nagrodę tata kupi zabawki, wstawi nowe meble do pokoju. Dziecko będzie miało u niego lepiej, niż u mamy. Będzie chciało z nim zostać.

Zdarza się, że rodzice nieświadomie przenoszą na dzieci swoje negatywne postawy względem drugiego rodzica. Tak bardzo je kochają, tak bardzo chcą, żeby dzieci się dobrze rozwijały. Uważają, że drugi rodzic im tego nie zapewni, albo zwyczajnie wciąż odczuwają osobistą krzywdę. Wtedy dziecko też słyszy, że drugi rodzic jest zły, niedobry, krzywdzi. Znowu to rozdarcie – kocha, ale chyba nie powinno. I ten rodzic też sądzi, że mówi to wszystko dla dobra dziecka. Bo kocha. I tak je krzywdzi.

Kontrasty.

Zobacz też: Dzień Świadomości Alienacji Rodzicielskiej, Głos Komitetu