Historia pewnej detencji psychiatrycznej.

Pamiętam tę sprawę do dzisiaj, chociaż głównej bohaterki nigdy nie poznałam. Może dlatego, że decyzją sądu została odizolowana od społeczeństwa. Niebezpieczna, nieprzewidywalna, chora psychicznie. Lat 32, wykształcenie średnie. Studiowała historię, ale na piątym roku przerwała, bo nie mogła poradzić sobie ze stresem. Metr pięćdziesiąt pięć wzrostu, wychudzona, drobna, skryta. Pewnego dnia zaczęła obcować z Bogiem, innego dnia Bóg ją opuścił i musiała go szukać. Chodziła po tym zabytkowym mieście, zaglądała do plebanii i konfesjonałów. W czasach tych wędrówek prowadziły ją głosy, potem nawiązała z nimi dialog. Ludzie patrzyli na nią wrogo i ona tę wrogość dostrzegała. Pewnie była zbyt wrażliwa na te wszystkie komentarze, uniki i złośliwe uśmiechy. Inni pewnie by to zignorowali. Potem się napatrzyła, nasłuchała, wszystko już przeanalizowała, a Boga wciąż odnaleźć nie mogła. Tej wrogości ludzkiej bardzo się bała.

Jej pierwszy konflikt z prawem tego kraju, polegał na tym, że pozmieniała ceny towarów w supermarkecie. Chodziło ponoć o czekoladę, taką dużą z orzechami, znanej niemieckiej marki. Podobno usiłowała dokonać oszustwa, czyn z art. 286 k.k. Chciała kupić o 6 zł taniej. Złapali ją na gorącym uczynku, bo od dłuższego czasu ją obserwowali. Miała odstraszać klientów, nieprzyzwyczajonych, że ktoś mówi do siebie. Ten czyn jej właściwie uszedł na sucho. Owszem jakieś postępowanie było, no ale czyn nie był wysoce społecznie szkodliwy. Dziewczyna chora ewidentnie, puścić ją chcieli bez konsekwencji.

Jednak w międzyczasie, bohaterka historii dopuścić się miała czynu poważniejszego, takiego, którego płazem puścić nie można. Pojawił się srogi pokrzywdzony i prawo egzekwować nakazał. Art. 190 k.k. – groźby karalne. Sąd ustalił, że groziła panu z osiedla, że zrobi mu krzywdę, jeżeli ten jej nie zapłaci. Pan się przestraszył, bo właśnie ktoś mu ukradł samochód i on w swojej głowie połączył te fakty. Potem wątek samochodu przewinie się w śledztwie i okaże się, że rzeczywiście nie jest to przypadek. Tylko ona o tym samochodzie nie wiedziała. Do pana z osiedla owszem podeszła, powiedziała mu, że jest nieciekawie. Mówiła, że tak jej kazali jacyś panowie, że ją na ulicy zaczepili, że się bała, więc zrobiła jak chcieli.

Brak asertywności i choroba psychiczna to już mieszanka nie do zaakceptowania dla organów wymiaru sprawiedliwości. Sąd orzekł, że dwa poważne czyny, oba wskazane w kodeksie karnym, popełnione na szkodę innych osób, uzasadniają zamknięcie Pani w instytucji totalnej. Brak możliwości rozpoznania znaczenia czynu i pokierowania swoim postępowaniem nie budził wątpliwości. Kolejny konflikt z prawem świadczył o uporczywym naruszaniu porządku prawnego. Pani zagraża społeczeństwu i należy ją od niego odsunąć. Z pewnością przymusowe leczenie będzie i dla niej korzystne.

To nie tak, że pani się nie leczyła. Ona akurat miała pełne wsparcie ze strony rodziny i fachową opiekę lekarską. Znany psychiatra zaangażował się niezmiernie, spotykała się z nim regularnie. Lekarstwa dopasował jej dobrze, bo po początkowych trudach czuła się znacznie lepiej. Matka dbała o córkę i pilnowała, by choroba nie zdefiniowała jej życia. Udaremniło to jednak postanowienie sądu. Zaświadczenia znanego psychiatry i wysoka aktywność matki w postępowaniu nie wpłynęły na jego decyzję. Społeczeństwo trzeba zabezpieczyć. Jak jej się poprawi, to przecież opuści zakład zamknięty i wróci do rodziny. Przecież jej to nie zaszkodzi. Przecież Sąd chce dobrze.

Po dwóch latach powiedziała do matki, że dla niej już życie się skończyło, że po tym co przeszła, nie ma dla niej nadziei.

Nie będziesz miała matko szczęśliwej córki, nigdy nie założę rodziny, nie zaopiekuję się Tobą na starość. Dla mnie nie ma przyszłości.

Matka ze łzami w oczach przytaczała mi te słowa w wąskim korytarzu sądowym. Stałyśmy tam w przerwie przed wydaniem kolejnego postanowienia o przedłużeniu stosowania środka zabezpieczającego. Ramię w ramię z ciężarną panią prokurator, ramię w ramię z trzema obrońcami, którzy przybyli na kolejne, wyznaczone co 15 minut posiedzenia. Tyle właśnie potrzebuje sąd, by orzec, że pani jest nadal niebezpieczna, że pani nie opuści zakładu. Rok wcześniej przenieśli ją do ośrodka o wyższym stopniu zabezpieczenia. Miała negatywną opinię psychiatry, podobno nie chciała przyjmować leków. Kiedy tłumaczyła, że są źle dobrane, że się po nich źle czuje, kazali jej nie dyskutować. Jej terapia nie jest zależna od jej decyzji. Sąd tak przecież zdecydował.

Tak wcale nie musi być, są miejsca, gdzie przestrzega się etycznych standardów. Pani po prostu źle trafiła.

Wywieźli ją daleko za znane jej zabytkowe miasto. Matka nie mogła już jej widywać regularnie. Wsparcie rodzinne przepadło. Ona nie będzie do matki dzwonić i się zwierzać, bo zrozumiała, że matkę boli to jeszcze bardziej.

Posiedzi w zakładzie z dala od domu jeszcze przez jakiś czas. Choć czyny, które popełniła w normalnych warunkach skończyłyby się co najwyżej niewielką karą zawieszoną na okres próby, to przecież chorej psychicznie na ulicę nie można wypuścić. Sąd już zdecydował o jej życiu zgodnie z przepisami.

A to wszystko dla Ciebie. Wszystko żebyś obywatelu czuł się bezpiecznie. Żebyś się czuł bezpiecznie.

Wszyscy chcieli dobrze.

Jestem absolwentką psychologii i prawa, doktorantką na Wydziale Prawa i Administracji UJ oraz czynnym zawodowo adwokatem. Od czasów studiów mieszkam w Krakowie. Popularyzuję wiedzę na temat zastosowania psychologii w praktyce prawniczej.

  • Trudno powiedzieć coś sensownego..
    Odhumanizowany aparat „sprawiedliwości”.
    Człowiek? Jaki człowiek? Statystyka..

  • Sądy zwykle wiedzą lepiej. I prokuratorzy też.

  • zrozpaczona rodzina

    mam podobnie z synem ,który od dziewczyny na ulicy chciał telefon ,za to siedzi od marca 2015 ,nie może już wytrzymać, tak długo trzyma się niby dla dobra tylko kogo-statystyki