Kępiński dla prawników

„Zawsze ten, co goni jest potężniejszy od tego, co ucieka” – Antoni Kępiński.

Kiedy byłam w szóstej klasie szkoły podstawowej, znalazłam w domu stary egzemplarz „Schizofrenii” Kępińskiego. Tytuł kojarzył mi się mrocznie i intrygująco, więc bez większego wahania oddałam się lekturze. W szkole męczono mnie wówczas literaturą młodzieżową, która co prawda bywała fabularnie interesująca, lecz zupełne nie zapadła mi w pamięć. Tymczasem, moje domowe znalezisko wywarło na mnie olbrzymie wrażenie. Do dziś pamiętam piękno i prostotę języka, wielką wrażliwość wypowiedzi autora, opisy chorych pełne szacunku i zrozumienia. Pamiętam też mroczne postaci z grafik Alfreda Kubina, srogo spoglądające z pożółkłych stron. Wieczorami robiłam notatki, nie chciałam, żeby coś mi umknęło. To było moje pierwsze zetknięcie z nauką o człowieku.

Wiele lat później, kiedy wybierałam się na studia psychologiczne, dowiedziałam się, kim był i „jak był” Antoni Kępiński. Była to jednak wiedza uzupełniająca, bo jego słowa znacznie wcześniej utorowały drogę mojego rozwoju.

Gdy rozpoczęłam przygodę z prawem, będąc już po pierwszym roku psychologii, również i w tej dziedzinie zainteresował mnie człowiek. I nie była to wcale kryminologia, socjologia prawa, nauki penalne czy prawo karne, w których to dziedzinach można tradycyjnie spotkać wielu prawników – psychologów. Sądzę, że wiedza o człowieku niezmiernie przydatna jest przy wykładni norm prawa prywatnego, gdyż to ono reguluje stosunki międzyludzkie. I nie chodzi tylko o wiedzę, lecz sposób argumentacji i rozumienia prawa, jego celu i funkcji.

Słuchając aplikantów i osób wykonujących prawnicze zawody, doszłam do przekonania, że przeciętni prawnicy boją się ludzi, są wobec nich bezradni, nie rozumieją ich. Prawnicy jednak o tym sami często nie wiedzą. Okazuje się, że sztuka komunikacji z innymi ludźmi, choć niejako naturalna dla naszego gatunku, nie jest dana wszystkim. Być może z tego powodu, nie każdy pełnomocnik widzi potrzebę kontaktu z klientem, gdy dostaje toczącą się już sprawę z urzędu. Wydawało mi się, że taki jest jego obowiązek, bo przecież pracuje nie dla sprawy, lecz dla konkretnej osoby i w jej imieniu. Zdarzają się jednak sytuacje procesowe, w których wszystkie istotne informacje są już w aktach sprawy i na ich podstawie wiemy też, że rozmowa z klientem nie wniesie nic nowego. Czy pełnomocnik powinien zobaczyć się wówczas z klientem?

Zdarzyło mi się prowadzić sprawę, w której radca prawny pozwał swojego byłego klienta o wynagrodzenie za prowadzenie jego sprawy. Klient ten był osobą starszą, która właśnie straciła dorobek całego życia. Wcześniej zapłacił innej osobie za zastępstwo i nie wiedział, że wybrany przez tę osobę pełnomocnik będzie domagał się kolejnego wynagrodzenia za swoje usługi. Właściwie to klient ten, nigdy nie dostąpił zaszczytu zobaczenia swojego mecenasa, choć sprawa toczyła się cztery lata. Nie było uścisków dłoni, ani zapewnień o starannym działaniu, czy słów otuchy. Klientowi ani razu nie udało się też porozmawiać z nim telefonicznie. Radca rzeczywiście prowadził sprawę, tyle że klient nie miał na ten temat żadnej informacji. W końcu klient wypowiedział mu pełnomocnictwo, lecz otrzymał w zamian pozew o zapłatę. Gdy postawiłam zarzut przedawnienia niektórych jego roszczeń, radca zarzucił, że jest to sprzeczne z zasadami współżycia społecznego. W uzasadnieniu stwierdził, że nie mógł tych roszczeń wcześniej dochodzić, bo dopóki prowadził sprawę, łączył go z klientem  stosunek zaufania. Ten prawnik twierdził, że można mu ufać, nigdy go nie poznawszy.

Nawet jeżeli dojdzie do spotkania, to jawi się kolejny problem. Jak rozmawiać z kimś, kto nie ma wiedzy prawniczej o sprawach trudnych i zawiłych? Język prawny to nie jest język relacji międzyludzkich, to nie jest język dostępny każdemu. Nie wszyscy mają wiedzę o funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości, co nie oznacza jeszcze, że mamy do czynienia z „trudnym klientem”.  Prawnik to nie inżynier, nie buduje maszyn, lecz służy ludziom.

Pociesza mnie to, że w adwokaturze nie brakuje humanistów, tzn. ludzi otwartych na to co ludzkie. I to są najczęściej te osoby, o których powszechnie (lub w mniejszych kręgach) wiadomo, że są dobre w swoim zawodzie. Tym, którzy wciąż czują się obco przy  klientach, szczególnie tych chorujących, polecam lekturę książek Kępińskiego.

Zobacz również:

Jestem absolwentką psychologii i prawa, doktorantką na Wydziale Prawa i Administracji UJ oraz czynnym zawodowo adwokatem. Od czasów studiów mieszkam w Krakowie. Popularyzuję wiedzę na temat zastosowania psychologii w praktyce prawniczej.

  • Bardzo interesujący wpis. Prawnik zdecydowanie musi być otwarty na to co ludzkie, na samego człowieka – nie traktując go jedynie jako swojego klienta, który staje się dla niego źródłem zarobku. Faktycznie prawnik powinien być swego rodzaju psychologiem, który potrafi rozmawiać z daną osobą nie jedynie jak z klientem ale jak z człowiekiem. A co do książki Kępińskiego, to rzeczywiście jest ona warta przeczytania.

    • Cieszę się, że tak sądzisz i dziękuję za odwiedziny.

  • Dobry post