Małżeństwo a choroba psychiczna

Ostatnio portale społecznościowe informują mnie o ślubach bliższych i dalszych znajomych. Był czas kiedy wszyscy dostawali się na studia, potem masowo bronili prace magisterskie, następnie skarżyli się, że są bezrobotni. W międzyczasie rodziły im się też dzieci. Jednak fala ślubów nadeszła dopiero teraz – w takiej, a nie innej kolejności. Skoro w moim otoczeniu zrobiło się tak uroczyście i namiętnie, przyszło mi na myśl, żeby w te wszystkie miłosne historie wpleść wątek choroby psychicznej. Zresztą taki ślub już też widziałam. Niestety wpis będzie prawniczy, czyli tak tak nudny, jak oglądanie cudzych zdjęć ślubnych. Wczoraj w serwisie Rzeczpospolita przytoczone zostało orzeczenie Sądu Najwyższego, dotyczące unieważnienia małżeństwa z powodu przeszkody choroby psychicznej. Niestety redakcja Rzeczpospolitej nie wskazała sygnatury orzeczenia, toteż mogą wystąpić problemy z jego odnalezieniem, gdy pojawi się pisemne uzasadnienie. Jako że teza orzeczenia blisko związana jest z tematyką poruszaną na blogu, a problemy pojawiające się przy wykładni art. 12 k.r.o. mają doniosłe znaczenie, postanowiłam przybliżyć to orzeczenie oraz inne interesujące judykaty dotyczące  kwestii choroby psychicznej i możliwości zawarcia małżeństwa.

Garść przepisów

Zgodnie z art. 12 par. 1 k.r.o. nie może zawrzeć małżeństwa osoba dotknięta chorobą psychiczną albo niedorozwojem umysłowym. Jeżeli jednak stan zdrowia lub umysłu takiej osoby nie zagraża małżeństwu ani zdrowiu przyszłego potomstwa i jeżeli osoba ta nie została ubezwłasnowolniona całkowicie, sąd może jej zezwolić na zawarcie małżeństwa. Przepis ten ma znaczenie w dwóch rodzajach spraw: o udzielenie zezwolenia na zawarcie małżeństwa oraz o unieważnienie małżeństwa.

Wykładnia przepisów art. 12 k.r.o. budzi poważne kontrowersje w orzecznictwie, jak i w doktrynie, a to ze względu na przyjęcie zgodnie z gramatyczną wykładnią tego przepisu, iż już sama choroba wyklucza zawarcie małżeństwa. Z drugiej strony należy mieć na uwadze, że choroba psychiczna i leczenie nie uzasadniają przyjęcia braku zdolności do czynności prawnych. Zawarcie małżeństwa jest bowiem także czynnością prawną, tak jak zakup mąki w sklepie, tyle że zawieraną w uroczystej formie. Całkowicie na marginesie można poczynić dodatkowe uwagi, a mianowicie: odpowiednikiem zdolności do czynności prawnych, którą zasadniczo uzyskuje się z pełnoletnością, na gruncie procesu jest zdolność procesowa, czyli możliwość samodzielnego działania przed sądem. Osoba pełnoletnia, która nie została ubezwłasnowolniona ma pełną zdolność procesową, choćby ewidentnie cierpiała z powodu problemów psychicznych. Sąd Najwyższy w uchwale 7 sędziów z dnia 12 grudnia 1960 r. (I CO 25/60) wskazał, iż „jeżeli sąd dojdzie do przekonania, że strona w procesie – ze względu na jej stan psychiczny – znajduje się w stanie trwale wyłączającym świadome i swobodne powzięcie decyzji i wyrażenie woli, a stan ten zagraża jej interesom, powinien uznać udział prokuratora w sprawie za potrzebny i zawiadomić go o tym”. Aktualnie w takich przypadkach, gdy strona (przykładowo) kieruje do sądu pisma o chorobowych treściach, sąd zwraca się do prokuratury celem skierowania przez prokuratora wniosku o ubezwłasnowolnienie takiej osoby. Prokuratura zazwyczaj odmawia, wskazując że osoba ta ma osoby bliższe, które legitymowane są do złożenia takiego wniosku, a mimo to tego nie czynią. W mojej ocenie jest to stanowisko zasadniczo słuszne.

Powyższe dywagacje mają jedynie takie znaczenie, że podkreślają, iż samo chorowanie na różnego rodzaju zaburzenia psychiczne nie stanowi w świetle prawa przesłanki pozbawienia osoby zdolności procesowej, ani też nie jest wystarczające do jej ubezwłasnowolnienia. Ustawodawca i orzecznictwo nakładają w takich przypadkach dodatkowe wymagania, jakie muszą zajść, by ograniczyć osobę w samostanowieniu. Czy instytucja małżeństwa miałaby być na tyle wyjątkowa, że wystarczająca byłaby samodzielnie choroba psychiczna, by pozbawić osobę możliwości zawarcia małżeństwa, lub by unieważnić małżeństwo zawarte wbrew istniejącej przeszkodzie? Pogląd taki wydaje się nieuprawniony i właśnie takiej sytuacji dotyczy przytaczane wczoraj przez Rzeczpospolitą orzeczenie.

Orzecznictwo

Wyrok zapadło ono na tle następującego stanu faktycznego. Grzegorz K. kilka lat po ślubie wystąpił o unieważnienie małżeństwa z Anną K. z powodu jej choroby psychicznej. Sądy niższych instancji, w oparciu o opinie biegłych sądowych, stwierdziły, że w chwili zawarcia małżeństwa Anna K. nie była chora psychicznie, a jej obecny stan nie zagraża dziecku. Biegli wskazali jednocześnie, że przed ślubem mogły występować u niej cechy zespołu urojeniowego o charakterze zwiastunowym, które ustąpiły samoistnie i pojawiły się ponownie po porodzie. Nie można jednak było mówić o pełnoobjawowej chorobie. Pozew Grzegorza K. został oddalony przez sądy wszystkich instancji. Także Sąd Najwyższy nie zgodził się z jego argumentacją, iż wszelkie zaburzenia psychiczne o dużym nasileniu zagrażające małżeństwu, nie tylko te zdiagnozowane w dacie małżeństwa, mogą stanowić przesłankę jego unieważnienia. Sąd wskazał, iż termin „choroba psychiczna” zawarty w art. 12 kodeksu rodzinnego nie przystaje do stanu i pojęć medycznych obecnej wiedzy psychiatrycznej, jednak intencją ustawodawstwa było i jest minimalizowane zakazów (przeszkód) małżeńskich, które mogą uzasadniać unieważnienie małżeństwa. Nie każda choroba psychiczna to uzasadnia, a jedynie taka, która zagraża małżeństwu lub zdrowiu przyszłego potomstwa.

Sama choroba to zatem za mało, musi mieć ona jeszcze zagrażający wpływ na małżeństwo lub zdrowie przyszłego potomstwa. Epizody chorobowe, które miały miejsce przed zawarciem małżeństwa nie wykluczają przyjęcia, że stan umysłu takiej osoby nie zagraża małżeństwu ani zdrowiu przyszłego potomstwa. Z tej przyczyny spore grono osób chorujących psychicznie może zawrzeć bez przeszkód związek małżeński. Oczywiście nie może budzić wątpliwości, że osoba taka w momencie zawarcia małżeństwa swobodnie i z rozeznaniem wyraża swoją wolę wejścia w związek małżeństwa.

Inne przypadki

Tytułem uzupełnienia należy wskazać, iż nie można unieważnić małżeństwa z powodu choroby psychicznej jednego z małżonków po ustaniu tej choroby (art. 12 par. 3 k.r.o.). Późniejsze popadniecie w chorobę psychiczną (tj. po zawarciu małżeństwa) nie stwarza natomiast możliwości jego unieważnienia (wyrok Sądu Najwyższego z dnia 9 lipca 2003 r., IV CKN 327/01). Ma to istotne znaczenie, gdyż choroba psychiczna może pojawić się w późniejszym wieku. Przykładowo pierwsze objawy schizofrenii częściej rozpoznawane są u młodych mężczyzn, około dwudziestego roku życia, a następnie odsetek zachorowalności wraz z wiekiem maleje. Tymczasem zachorowalność kobiet jest także najwyższa, gdy osiągną 20 – 25 r. ż., jednak rozpoznanie schizofrenii w późniejszym wieku zdarza się znacznie częściej niż u mężczyzn.  Jeżeli choroba psychiczna pojawi się w późniejszym wieku może stanowić ona uzasadnienie rozwodu. Jednak osoba chorująca nie ponosi wówczas winy rozkładu pożycia, gdyż trudno winić kogoś za to, że zachorował.

Co to znaczy, że choroba się pojawia? W świetle orzecznictwa SN choroba istnieje tylko wtedy, gdy występują jej objawy. Mam jednak wątpliwości, czy jest to stanowisko bezwzględnie słusznie. Objaw choroby musi być bowiem przez kogoś zauważony, a jakże trudno jest ustalić granicę między tym, czy jakieś zachowanie jeszcze się mieści w normie, czy może już zwiastuje chorobę. Z drugiej strony, czy jest możliwe przyjęcie innego kryterium?

Jestem absolwentką psychologii i prawa, doktorantką na Wydziale Prawa i Administracji UJ oraz czynnym zawodowo adwokatem. Od czasów studiów mieszkam w Krakowie. Popularyzuję wiedzę na temat zastosowania psychologii w praktyce prawniczej.

  • karolina

    Bardzo interesujący tekst 🙂 Paradoksalnie „norma” to pojęcie względne. Czasami ciężko określić jednoznaczną różnicę między zdrowiem a chorobą psychiczną, ciężko też dokładnie określić moment, w którym choroba się zaczyna. Z doświadczenia wiem, że wielu pacjentów psychiatrycznych potrafi na tyle dobrze funkcjonować, że ciężko ich uznać za całkowicie nieświadomych swoich czynów. W kontekście prawa robi się z tego arcyciekawy temat.

    • Dziękuję za bardzo merytoryczny komentarz 🙂

  • Mój będzie niemerytoryczny, jak zwykle:

    Któryś psychiatra (prawie serio) twierdził, że zakochanie też się kwalifikuje jako jednostka chorobowa.

    • Komentarze niemerytoryczne są równie mile widziane. Ci psychiatrzy wszędzie widzą tylko patologię. Ktoś im powie „dzień dobry”, a oni na to „co chciał pan przez to powiedzieć?”

  • Następny interesujący artykuł, pobudzający do refleksji.

    Chorobę diagnozuje doktor, czyli diatę diagnozy możnaby było uznać za początek niedyspozycji. Często lekarz z pacjentem – wspólnie – dochodzą do wniosku, kiedy dysfunkcja się pojawiła, więc bardziej dokładna data wsteczna może być ustalona. Jeżeli chodzi o urazy, z tymi nie ma problemu. Infekcje, problemy układu krążenia, patologie metabliczne – te mają mnie wyraźnie zaznaczone narodziny, lecz mniej więcej można określić okres preludium (zwiastunów przypadłości).

    No i mamy choroby psychiczne, gdzie uczciwość dotkniętego nieszczęściem jest kardynalna nie tylko do rozpoznania, ale i do kuracji. Początek zazwyczaj jest rozmyty, trudny do ustalenia. Pacjenci często dysymulują – udają poprawę celem wymsknięcia się spod kontroli psychiatry. Właśnie o tym negowaniu symptomów tudzież samego schorzenia (zaprzeczanie, jako takie, jest jednym z głównych objawów wielu deformacji psychicznych) chciałbym napomknąć, bo nie widzę w artykule wzmianki na temat nieuczciwości partnera/partnerki (wiedział/wiedziała, ale nie powiedział/powiedziała).

    Jak prawo odnosi się do takiego scenariusza? Popjawienie się objawów może rzeczywiście nastąpić po zawarciu związku małżeńskiego, ale może to być tylko nawrót poprzednio rozpoznanej dysfunkcji. Czy nie należałoby ślubu unieważnić w przypadku ukrycia przez narzeczoną/narzeczonego faktu istnienia poważnej niedomogi, która ma prawo zagościć w życiu dotkniętego raz jeszcze? Myślę, że dotyczyłoby to ukrycia czegokolwiek innego, co może wpłynąć niekorzystnie na życie małżonka/małżonki (jak uczestnictwo w przemycie broni, prostytucja itd.).

    Pozdrawiam!

    • Mam wrażenie, że uważasz dyssymulację jako zjawisko polegające na wyłącznie świadomym ukrywaniu choroby – a zatem procesie racjonalnym, kontrolowanym i zaplanowanym. W mojej ocenie, dyssymulacja nie zawsze jest w pełni uświadamiana na początku choroby (inaczej pewnie rozgrywa się to w przypadku stałych weteranów szpitalnych), bo o tym mowa. Jej objawy mogą być błędnie interpretowane przez samego pacjenta i jego otoczenie – może jako ciut dziwne, ale jeszcze w normie. Dopiero kiedy wystąpi pełnoobjawowa choroba ktoś może powiedzieć „rzeczywiście coś było na rzeczy już przedtem, a ja myślałam, że on tylko tak coś gada/że się wygłupia”. W sądzie zawsze ma znaczenie to, co da się udowodnić. To, że w którymś momencie wystąpiła choroba i moment ten ma znaczenie dla możliwości unieważnienia małżeństwa będzie podlegało ocenie sądu. Jeśli nie uda się wykazać, że ktoś zachorował przed zawarciem małżeństwa – problem nie istnieje. A to, że ktoś skutecznie ukrywał swoje cierpienie – jest zupełnie nieweryfikowalne i nie podlega ocenie.
      Pozdrawiam!

      • Chciałbym się tylko upewnić, czy dobrze zrozumiałem. Jeżeli uda się udowodnić, że schorzenie zostało zdiagnozowane (lub się rozpoczęło) przed zawarciem związku, to małżeństwo można unieważnić, niezależnie od świadomości o chorobie cierpiącego partnera, tak?

        Zgadzam się absolutnie: dysymulacja to akt kontrolowany, natomiast prawie wszystkie przypadłości mają na początku fazę wypierania się, niejako integralną część choroby. Dotyczy to nawet złamań („E tam! Nie czuję, aby kostka była złamana! Zwichnięcie i już!”). Dysymulacja to wysiłek udowodnienia, że wszystko jest OK, a nie bezwiedna negacja – innymi słowy, celowe kłamstwo, ukrywanie objawów z premedytacją, zazwyczaj w celu uniknięcia konsekwencji (administracyjnych, prawnych, osobistych). Istnieją jednak zwiastuny, pociągające interwencje psychiatryczne lub psychoterapeutyczne. Przecież to da się zweryfikować: pan/pani wiedziała o symptomach, ale nie powiedział/powiedziała? Byłoby niesprawiedliwym karać (zmuszać do życia z partnerką/partnerem) kogoś, kto nie był zawczasu poinformowany o problemie, czy nawet namiastce problemu?

        Nie pragnę uchodzić za rozemocjowanego, tzn. rozumiem podejście prawne do potwierdzalnych faktów versus domniemanych teorii. Miałem okazję związać się z kobietą (nie był to, na szczęście, związek małżeński), która przyjechała do mnie, zamieszkała w moim domu. Po 10 dniach zorientowałem się, że była ona w klinicznej depresji. Jestem zbyt doświadczony i wiem, iż tak nagła manifestacja miała z pewnością głębszą historię mi nieznaną, ale znaną partnerce. Przenosiny do RPA wymagają jednak odkrycia kart: nie można wchodzić w życie partnera z sekretami, zwłaszcza z depresją (nawet podejrzeniem depresji) do tak odmiennie kulturowego kraju. Gdyby wiedział, historia potoczyłaby się inaczej, tzn. sam byłbym przeciwny jej relokacji. RPA nie jest miejscem na założenie rodziny nawet dla osób niepewnych siebie, nie wspominając o ludziach z domniemanymi zaburzeniami psychicznymi. Nie byłem zmuszony udawadniać niczego sądownie – nie pragnąłbym. Nie chodziło o jej tragedię, bo czuję empatię dla każdego cierpiącego, ale o nieuczciwość. Czułem się oszukany. Musiała wyjechać z powrotem do rodziny, po hospitalizacji tutaj… Szok, który przeżyłem, jest nie do opisania.

        Strach mnie ogarnia na myśl, że zwiastuny, drobne interwencje itd. bez formalnej diagnozy nie byłyby uznane przez sąd jako fakty przemawiające za świadomością cierpiącego o nieszczęściu, czy niebezpieczeństwie schorzenia. Tuszowanie takich historii już jest przewinieniem wobec przyszłego partnera – nawet bez oficjalnego rozpoznania. Tak mi się wydaje.

        W czasie studiów pani seksuolog zdała relację o unieważnieniu pewnego małżeństwa. Powodem (sądowym) była partnerka. Partner cierpiał na Ejaculatio Praecox, przez co ona nie mogła przebrnąć. Wymarzone życie seksualne stało się dla niej gehenną (wstrzymam się od soczystych opisów, dlaczego). On podobno o tym wcześniej nie wiedział, nie był zdiagnozowany, nie miał wcześniejszych stosunków płciowych, a jednak ślub anulowano. Jak do tego mogło dojść? Choroba psychiczna jest natomiast o wiele poważniejsza…

        Ech, wygadałem się! Proszę o przebaczenie. 🙂

        Pozdrawiam!

        • Piszesz niezmiernie ciekawie, a przy tym poruszasz tyle wątków, że nie wiem od czego powinnam zacząć odpowiedź. Aż przypadkowo sama skasowałam to, co napisałam w odpowiedzi – ale moje niedostatki techniczne nie mogą przesłonić obowiązku odpowiedzi na taki arcyinteresujący komentarz.
          Zacznijmy zatem od cytatu z Twojej wypowiedzi: „Strach mnie ogarnia na myśl, że zwiastuny, drobne interwencje itd. bez formalnej diagnozy nie byłyby uznane przez sąd jako fakty przemawiające za świadomością cierpiącego o nieszczęściu, czy niebezpieczeństwie schorzenia”. To nie jest do końca trafna myśl, gdyż wcale nie jest tak, że potrzebna jest formalna diagnoza, żeby udowodnić przed sądem chorobę psychiczną. Wystarczające mogą się bowiem okazać dowody z zeznań świadków na temat sposobu czyjegoś zachowania i opinia biegłego, w której biegły przyjąłby możliwość, że objawy choroby wystąpiły przed zawarciem małżeństwa. Pragnę jednak podkreślić, że nie wszystkie choroby psychiczne zagrażają dobru założonej rodziny, a bardzo często temu dobru nie zagraża depresja. Oczywiście może mieć ona różny przebieg, często łączyć się z okresami głębokiego zaburzenia funkcjonowania społecznego, ale jednocześnie nie dezorganizuje osobowości partnera tak jak np. psychozy. Z tego powodu istotne jest wskazanie wpływu choroby na funkcjonowanie małżeństwa. Jest wiele osób cierpiących na depresję i często bardzo dobrze radzą sobie w związkach (albo przynajmniej się starają). To, co różni te dwie grupy osób, to pewna możliwość podejmowania racjonalnych działań, zachowanie kontroli. Z tego powodu uważam, że dopóki ktoś w świadomy i celowy sposób ukrywa objawy choroby – dopóki jest w stanie tak postępować, dopóty jego stan nie zaburza funkcjonowania społecznego na tyle, by mówić o unieważnieniu małżeństwa (choć przyjmuję, że można oceniać to w sposób odmienny). Jest to oczywiście nieuczciwe, jednak prawo chroni trwałość małżeństwa, a nie dobrą wiarę jednego z małżonków. Ponadto, jakby nie patrzeć, na każdym spoczywa obowiązek znajomości swojego przyszłego małżonka (często iluzoryczny). Dlatego podkreślam, że nie każda choroba psychiczna może uzasadniać unieważnienie małżeństwa. Natomiast co się tyczy Ejaculatio Praecox,to według polskiego prawa nie jest to przesłanka unieważnienia małżeństwa, a może być to powód rozwodu. O ile mi wiadomo, może to natomiast stanowić uzasadnienie unieważnienia ślubu kościelnego.
          Mam nadzieję, że choć w części rozwiałam Twoje wątpliwości.
          Pozdrowienia

  • zuzka

    A co w przypadku gdy współmałżonka dowiaduje się o chorobie (Schizofrenii) występującej u jednego z rodziców małżonka? Już po zawarciu małżeństwa.

    • Obawiam się, że nie ma to wpływu za zawarte małżeństwo. Samo ryzyko genetyczne to za mało. Można ewentualnie się rozwieść.

      • zuzka

        Dziękuję za odpowiedź.

  • Po 10 latach małżeństwa odkryłem ciężką chorobę psychiczną żony, której ani ja ani ona nie byliśmy świadomi. Problemy zaczęły się, gdy żona odrzuciła nowo narodzone dziecko, przypuściła na mnie wściekły atak, a „depresja poporodowa” nie przechodziła miesiącami. Zacząłem węszyć. Objawy, które się uwidoczniły i które zacząłem widzieć po tylu latach to:
    – brak uczuciowości wyższej
    – brak umiejętności wchodzenia z ludźmi w podmiotowe relacje (jedynie merkantylne)
    – jakaś forma „upośledzenia społecznego” – nierozumienie ludzi, relacji społecznych, żartów sytuacyjnych, nieadekwatne zachowania społeczne.
    – manipulatywność i patologiczne kłamanie (również samego siebie)
    – umiłowanie dóbr materialnych
    – brak wyrzutów sumienia
    – eksternalizowanie winy
    Kto siedzi w temacie już w trakcie czytania zorientował się, że objawy te łączy wspólny termin „PSYCHOPATIA”. Tradycyjnie przypadłość tę kwalifikuje się jako zaburzenia osobowości – ja widzę to jednak przede wszystkim jako nieprawidłowe ukształtowanie mózgu. Dlatego też trudno tu mówić nawet o „chorobie”. Jest to po prostu jakaś wada wrodzona. To, niech będzie, zaburzenie osobowości jest u mojej żony tak głębokie, że w chwilach stresu dekompensuje się w kierunku psychozy.

    Pomijam wątki poboczne, jak to że ludzie dopiero po dogłębnym poznaniu mojej żony mówią, że „coś z nią jest nie tak”. W codziennej interakcji wydaje się zupełnie normalna i miła. Psychopaci noszą tkz. maskę normalności (mask of sanity). Dla sądu też nie będzie wyglądała na nienormalną. Ale to wątek poboczny.

    Główna myśl, która skłoniła mnie chyba do podzielenia się swoją historią jest taka: istnieją w życiu człowieka sytuacje skrajne, graniczne. Poza odkryciem nieuleczalnej choroby psychicznej małżonka może to być sytuacja odkrycia po latach, że małżonkowie są biologicznym rodzeństwem albo że jedno z nich jest po zmianie płci we wczesnym dzieciństwie. I co wtedy? Nie pytam się prawnie czy kanonicznie, bo tu sytuacja jest w miarę oczywista, tylko po ludzku. Z jednej strony jest osoba z jej ludzką godnością, z drugiej strony jest jej NIEZAWINIONY atrybut, który uniemożliwia jednak trwanie małżeństwa. W przypadku psychopatów jest tak, że wielu z nich nie zdaje sobie sprawy ze swojej odmienności, starają się kompensować swoje deficyty emocjonalno-społeczne inteligencją i ciągłym „przeliczaniem” czegoś co zdrowi ludzie rozumieją w okamgnieniu. Starają się zyskać aprobatę otoczenia i przetrwać w świecie społecznym – wątek dyssymulacji, który pojawił się we wcześniejszych komentarzach. To właśnie sytuacja, gdzie – jak zauważyła Pani Aleksandra – dyssymulacja nie musi być w pełni świadoma. I do puenty: jeśli uświadomimy sobie istnienie sytuacji granicznych i możliwość wypłynięcia druzgocących faktów po wielu nawet latach małżeństwa, zaczynamy rozumieć że miłość w sumie niewiele jest warta, bo wystarczy jedna makabryczna, nieusuwalna okoliczność, która może np. wywołać odrazę i niemożność obcowania płciowego. Przy zachowanym współczuciu dla małżonka i konieczności noszenia w sobie ciężaru podjętej decyzji do końca życia. Po prostu wada ukryta, o której obie strony nie wiedziały, i muszą się rozstać.

    Tak to jest. Mój post nie był prawniczy. Bardziej aksjologiczno-życiowy.

    • Bardzo dziękuję za komentarz. Dodam jedynie, że psychopatia to zaburzenie osobowości, a nie choroba psychiczna. Niestety zaburzone osobowość to osobowość nieprawidłowo ukształtowana, taka, która powoduje, że człowiek zachowuje się inaczej niż tego mogłaby oczekiwać reszta społeczeństwa, np. przez brak empatii do drugiego człowieka. Tego się nie da naprawić, takim się po prostu jest.

  • Inka

    Zastanawia mnie jedno… a jeśli ktoś bierze ślub z taką osobą, dosyć dobrze funkcjonującą, ale mającą bardzo złe okresy, świadomie i akceptując fakt, że może być różnie… a gdy robi się trudno, chce unieważnić małżeństwo?

    Rozumiem racje strony zdrowej, jednak, obiektywnie, zastanówmy się. Moim zdaniem takiego ślubu nie powinno się z faktu samej choroby unieważniać. To tak jakby adoptowanie chorego dziecka – a potem oddanie go z powrotem do domu dziecka.

    Myślę, że każda choroba, np. Alzhaimer, alkoholizm, może sprawić, że życie z taką osobą nie przypomina „normalnego” małżeństwa. Jeśli ktoś jednak z kimś zawarł takie małżeństwo i powiedział temu wszystkiemu tak świadomie, to czy nie robi osobie chorej krzywdy?

    Wyobraźmy sobie sytuację, że ludzie żyją ze sobą już kilka lat. Osoba chora pracuje, raz jest dobrze, czasami źle, aż pojawia się zdrowy konkurent/ konkurentka, zmęczenie, to ludzkie. I co może taka osoba po paru latach zrobić? Oprócz choroby dojdzie niesamowita trauma. Poczucie winy za coś, co nie jest niczyją winą. Choroby się nie wybiera.

    Widziałam przypadek, gdy mąż wrażliwą żonę (akurat ona była zupełnie zdrowa, tylko odseparował ją od wszystkich) najpierw ubezwłasnowolnił, a potem nagrywał płacz, dziwne zachowania etc. Po 25 latach zabrał jej możliwość odbierania poczty osobiście. Nikt niczego nie zauważył. Niestety ja nie miałam tyle mocy, żeby pomóc tej pani… nie wiedziałam nawet, gdzie przebywają, adres zasrzeżony, telefon zmieniony, nie byłam rodziną… dowiedziałam się, że niedługo potem zmarła. Dowody, zdjęcia, nagrane rozmowy… smutne, ale prawdziwe. To oczywiście skrajność. I już właściwie kryminał.

    Tym niemniej… jeśli kobieta/ mężczyzna się decydują, wiedząc, to uważam, że powinno się uważać z takimi sprawami. Powstaje pytanie: po co się ktoś żeni/ wychodzi za mąż, w takiej sytuacji… po co robić sobie wzajemnie krzywdę, a uważam, ze strona zdrowa jest w tym przypadku, myślę, że mogę to powiedzieć, winna. I odpowiedzialna dużo bardziej niż chora.

    Poza tym zupełnie ciekawe spostrzeżenia, bardzo zastanawiające.

    Dobrego wieczoru. 🙂

    • Dziękuję za bardzo interesujący komentarz. Wydaje mi się, że wszystko zależy od sytuacji w jakiej dana osoba się znajduje, stopnia dolegliwości i sposobu radzenia sobie z nimi. Każdy związek jest inny, nasilenie choroby i sposoby radzenia z nią również. Nie ma dwóch takich samych sytuacji, nie mniej jednak przynajmniej w niektórych związkach małżonkowie powinni ponosić konsekwencje swoich wyborów.