Sprawa Maliszów

Maliszowie zapisali się na kartach historii jako małżeństwo, które w czasach wielkiego kryzysu dokonało w Krakowie wstrząsającej zbrodni. Historia ta jest wciąż żywa, o czym świadczy ilość współczesnych odniesień do ich procesu, które można bez trudu odnaleźć chociażby w Internecie. W 1972 r. Grzegorz Królikiewicz nakręcił głośny film „Na wylot” będący psychologiczną rekonstrukcją tej zbrodni.  Sama odnalazłam historię Maliszów w świetnie napisanej i z pewnością godnej polecenia lekturze, jaką jest „Pitaval krakowski” autorstwa profesorów Salmonowicza, Szwaji i Waltosia.

Pitaval krakowski - okładka książki
Pitaval krakowski – okładka książki

Jak piszą autorzy, rozgłos tej sprawy był spowodowany przede wszystkim przez ówczesną prasę, która podobnie jak to się dziś dzieje, relacjonowała  wówczas wszystkie rzeczywiste i urojone szczegóły tragedii, pozostawiając na uboczu pobudki, jakie kierowały Maliszami w chwili podejmowania decyzji. A były to:  trudne lata wielkiego kryzysu, rozpaczliwa sytuacja materialna i brak jakiejkolwiek nadziei na poprawę. „Jeśli pobudki, które pchnęły Maliszów do czynu, były charakterystyczne dla tamtych czasów, to szczegóły zbrodni i jej rozmiary zaskakujące. Jeśli zaś dodać do tego wyjątkowo szybkie wykrycie sprawców oraz ich ujęcie i nadto wprost przejmujące w swej szczerości wyjaśnienia Malisza oraz tragiczny w skutkach pośpiech, z jakim wydano, a potem wykonano wyrok, zrozumiałe się stanie, dlaczego sprawę tę można uważać za jedną z najciekawszych i najbardziej tragicznych w historii kryminalnej międzywojennego dwudziestolecia”.

Wszystko zaczęło się przy ul. Skłodowskiej – Curie w Krakowie (niegdyś ulicy Pańskiej), przy której mieszkała rodzina Süskindów. Był rok 1933, czasy wielkiego kryzysu, kiedy to wiele osób cierpiało z powodu głodu i ubóstwa. Nie najlepiej układało się też Süskindom, wobec czego postanowili wynająć pokój w swoim mieszkaniu.  Zgłosił się wówczas do nich człowiek, który szukał lokum dla swojej znajomej studentki ASP.  Mężczyzna uiścił zadatek na poczet czynszu, a pozostałą kwotę miał wpłacić w chwili wprowadzenia się studentki. Süskindowie zastrzegli przy tym, że nie wpuszczą jej do pokoju zanim nie uiści należności w pełnej wysokości.

Mężczyzna wraz ze studentką zjawili się 2 października o 8 rano w mieszkaniu. Nie mieli przy sobie pełnej kwoty czynszu, co wzbudziło niezadowolenie domowników. Rozmowy toczyły się w kuchni, a wraz z ich trwaniem rosło napięcie i nerwowa atmosfera. Mężczyzna koniecznie chciał, by Süskindowie wpuścili studentkę do pokoju, jak tłumaczył, zaraz miał zjawić się listonosz z przekazem pieniężnym opiewającym na pozostałą kwotę. Süskindowie zgodnie z zapowiedzią oponowali, doszło do sprzeczki, którą przerwał dzwonek do drzwi. Pojawił się listonosz, który rzeczywiście miał ze sobą przekaz dla studentki. Gospodarz wprowadził go do kuchni. Mężczyzna wciąż upierał się, by udostępniono pokój studentce, aby w nim na spokojnie odebrała przekaz i dokonała płatności. Süskindowie ponownie nie wyrazili zgody. Trwała sprzeczka.

Studentka już zaczęła podpisywać przekaz, gdy rozległy się strzały. Mężczyzna, którym później okazał się być Jan Malisz, wyjął broń i skierował ją w stronę zebranych. Najpierw zabił listonosza, potem Süskinda, jego żonę i poważnie ranił córkę. Udział „studentki”, którą okazała się być żona Malisza nie jest do końca jasny, gdyż w trakcie procesu sama twierdziła, że zastrzeliła z rewolweru kobiety w mieszkaniu, co z kolei kwestionował jej mąż, mówiąc, że broni nawet na chwilę jej nie oddał. Małżonkowie chcieli chronić się nawzajem, gdyż niewątpliwie łączyło ich głębokie uczucie. Już po procesie Maliszowa przyznała w liście do swojego adwokata, że nigdy do nikogo nie strzelała, ani nie zaplanowała zabójstwa.

O ile fakt dokonania tej zbrodni nie budził wątpliwości wobec szczerych wyjaśnień Malisza, kontrowersyjna była kwestia zamiaru i poczytalności sprawcy tempore criminis.

Dlaczego małżonkowie to uczynili? Powodem była ich dramatyczna sytuacja materialna. Malisz zaplanował napad na listonosza, który tego dnia roznosił przekazy pieniężne, a zatem miał przy sobie sporo gotówki. Pomysł z wynajęciem pokoju miał służyć jedynie temu, by ogłuszyć  listonosza w miejscu, z którego trudno będzie mu dogonić napastnika. Dlatego Malisz tak bardzo upierał się, by wpuszczono go z listonoszem do pokoju. Postawa Süskindów pokrzyżowała mu plany.

Proces Marii i Jana Maliszów oskarżonych o morderstwo trzech osób i kradzież pieniędzy przed Sądem Okręgowym w Krakowie. Grupa osób oczekująca na ogłoszenie wyroku.
Proces Marii i Jana Maliszów oskarżonych o morderstwo trzech osób i kradzież pieniędzy przed Sądem Okręgowym w Krakowie. Grupa osób oczekująca na ogłoszenie wyroku.

Malisza uznano za poczytalnego i zdolnego do ponoszenia odpowiedzialności karnej. Biegli przyjęli, że  zdolność badanego do kierowania swym postępowaniem, zdolność oceny następstw swych czynów była do pewnego stopnia osłabiona, lecz nie była osłabiona znacznie. Sąd w trybie doraźnym uznał małżonków za winnych popełnienia zbrodni i skazał ich na kary śmierci przez powieszenie. Jeszcze przed ogłoszeniem wyroku, obrońcy napisali do Prezydenta z prośbą o ułaskawienie. Prezydent zmienił karę jedynie względem Maliszowej, która odbyć miała karę dożywotniego więzienia. Opuściła je we wrześniu 1939 roku, a zmarła na gruźlicę w 1946.

Dziś wyrok ten budzi poważne wątpliwości, głównie ze względu na stan psychiczny sprawcy tempore criminis, tzn. w chwili popełnienia czynu. Biegli orzekli, że nie był on niepoczytalny, bowiem swoją zbrodnię zaplanował z wyprzedzeniem, przygotował broń, którą ze sobą zabrał, a następnie wykorzystał. Z akt sprawy wynikało jednak, że Malisz nosił ze sobą broń zawsze. W dodatku jego wyjaśnienia, co do kluczowych chwil, prezentowane przez niego opisy scen muszą budzić wątpliwości w zakresie przypisania mu winy za popełniony czyn. Malisz wyjaśniał bowiem tak:

Przewodniczący: Gdzie stał pan z tymi kobietami?

Oskarżony: W kuchni.

Przewodniczący: Czy stojąc z Süskindami, rzucił pan takie słowo: „Bonzo”?

Oskarżony: Tak, Bonzo – to moja żona. To jest taki piesek. Myślę sobie: koniec, trzeba skończyć, bo widzę ją, jak się męczy. 100 złotych trzeba oddać, nie ma pieniędzy, nie ma. Sięgam po rewolwer, wyciągam go. Chcę go dalej wyciągać, ale w tym momencie myślę, że przecież ona będzie widziała ten rewolwer, skierowany do siebie. Nie chciałem, żeby go widziała. Te myśli błyskawicznie przechodziły mi przez głowę. W tym momencie czy widzę, czy odczuwam tylko otwieranie drzwi i weszły jakieś dwie osoby. Ja ciągnę ten rewolwer i słyszę te osoby. W momencie strzelania jakaś bryła brązowa stanęła między mną i żoną. W momencie strzału, pamiętam to uczucie, ten błysk przy strzale. Pamiętam tyle, że ciągnę za cyngiel i potem wykonywam jakieś szybkie ruchy, skoki. Dziś sobie to w ten sposób tłumaczę, że strzelałem do listonosza, a widziałem jakieś sylwetki. Ja nie wiem, kto to był. Jak przypuszczam, te osoby były anormalne, umysłowo chore, osoby normalne cofnęłyby się przede mną, a nie rzucały na mnie. Pan prokurator powiedział, że wiedziałem strzelając, co robię. Ja jestem taki strzelec, że gdybym chciał zastrzelić, to strzelam w głowę jedną kulą, a nie trzema kulami. Ja w locie trafiam jaskółkę z rewolweru. Ja musiałem rzucić się między nich i strzelałem i biłem na oślep z rewolweru. Strzelałem do kogoś bez zastanowienia…

Prokurator: I trafił pan jednego i drugiego.

Obrońca: Tylko jednego w głowę, drugiego w brzuch i w piersi.

Oskarżony Malisz opowiada dalej z ferworem: – Rzucają się na mnie, ja się rzucam na nich. (Oskarżony przy tym żywo gestykuluje i wpada na stojącego obok policjanta.)

Przewodniczący: Czy celem pańskiej strzelaniny na początku było zabicie żony, zanim pan zobaczył tę brązową bryłę?

Oskarżony: Nie. Ja zobaczyłem między mną i żoną bryłę, ale u widziałem, że to nie była żona. Pamiętam teraz, że miałem uczucie w kręgosłupie, jak od skoków. Nie słyszałem nic.

Przewodniczący: Nie słyszał pan, jak żona wzywała pomocy?

Oskarżony: Nie.

Fragmenty wyjaśnień Malisza  pozwalają wyrobić sobie pogląd na jego stan psychiczny.

obraz namalowany przez Jana Malisza 1932 r.

Czy można zatem zaplanować zbrodnię, przystąpić do jej realizacji, a potem nagle stracić kontrolę nad własnym zachowaniem i możliwością pokierowania nim? Jak najbardziej jest to możliwe. Z tego powodu podkreśla się, że dla przyjęcia stanu niepoczytalności kluczowy jest moment popełnienia czynu. Jakie elementy tej zbrodni przemawiają za przyjęciem, iż poczytalność Malisza była zniesiona lub co najmniej ograniczona? Przede wszystkim są to niezorganizowany charakter zbrodni, której skutki są zupełnie nieadekwatne do celu, jaki chciał osiągnąć sprawca. Dochodzi do tego wyjątkowo nerwowa atmosfera tego dnia i narastające napięcie, które doprowadziło Malisza do utraty kontroli nad swoim zachowaniem. Ponadto nie pamiętał on szczegółów i dokładnego przebiegu zdarzenia, a jego wyjaśnienia pełne były dziwacznych elementów, które podważają możliwość przyjęcia, że w chwili czynu wiedział co robi i mógł kierować swoim postępowaniem. Także wobec postawy życiowej oskarżonego, przypisanie mu zamiaru zabójstwa wydawało się mało prawdopodobne. Poza tym, jego znajomi donosili, że rysował jaskrawe i nietypowe obrazy, które momentami budziły niepokój obserwatorów. Dopiero później psychiatrzy opisywali związki między chorobą psychiczną a nietypową twórczością artystyczną.

obraz namalowany przez Jana Malisza 1933 r.
obraz namalowany przez Jana Malisza 1933 r.

Mimo tych wszystkich elementów,  które mogły zwolnić go od odpowiedzialności lub spowodować jej ograniczenie,  Malisz został stracony.  Zbrodnia dokonana w 2 października 1933 r. pociągnęła za sobą zatem więcej ofiar, wśród których był także ten, który strzelał.

(Załączone fotografie pochodzą ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego)

Jestem absolwentką psychologii i prawa, doktorantką na Wydziale Prawa i Administracji UJ oraz czynnym zawodowo adwokatem. Od czasów studiów mieszkam w Krakowie. Popularyzuję wiedzę na temat zastosowania psychologii w praktyce prawniczej.